Rozmowa w pociągu

Pociąg przyjechał punktualnie. Stanął i po wyjściu pasażerów, kolejny tłum zaczął napływać do środka. W tym również oni. Dwoje ludzi około 60-tki, w strojach sportowych. Wchodzili uśmiechnięci i mijali kolejne przedziały w poszukiwaniu swojego.miejsca.

- Z roku na rok trafiają nam się coraz lepsze pociągi! - powiedziała kobieta - chcesz herbatki? Trochę zmarzłam.
- Daj spokój dziewczyno, gorsze mrozy przechodziłem bez takich butów w jakich teraz sobie jeździmy na wycieczki na stare lata. - powiedział dumnie mężczyzna.- Ale ty sobie wypij.

Wieczór był naprawdę chłodny, słońce zaszło dwie godziny temu, a przed nimi jeszcze 70 kilometrów do miejsca rozpoczęcia trasy. Miejsce wybrali nieprzypadkowo - mieli się tam spotkać ze znajomymi, z którymi w zeszłym roku spędzali urlop. W tym roku podobnie, opłacili już pensjonat z wyżywieniem, przygotowali się kondycyjnie i psychicznie na odpoczynek w ruchu. Jedyną różnicą były lepsze stroje. Te zeszłoroczne faktycznie były nieco gorsze niż obecne. Kto wiedział, że buty na piance mogą być tak wygodne?

- Ale się cieszę, że się wyrwaliśmy! Mam tylko nadzieję, że trasa będzie naprawdę warta przebycia, jak poprzednia. Pamiętasz te lasy? - rozmarzyła się kobieta. Prawie całkiem zapomniała już o tamtej niebezpiecznej sytuacji gdy prawie złamała rękę upadając przez przykryty liśćmi korzeń. Krajobrazy były rzeczywiście przepiękne. - Hej, a ty co tak milczysz?
- A daj spokój. Grzybiarze... Przypomniała mi się ostatnia wizyta u mojego znajomego, jeszcze ze szkoły.
- To ten... Jak mu tam,em... Franek? - zapytała kobieta.
- Tak, Franek. Grzybiarz Franek właściwie.
- A ten od kiedy został grzybiarzem?
- Nie wiem, ale po tej wizycie naprawdę odechciało mi się grzybów. A jak widzę tych ludzi co sprzedają przy drogach...
- Spleśniałe grzyby ci podali pewno, co? Raz też zdarzyło mi się takie zjeść... Paskudztwo jakich mało...
- Nie w tym rzecz. - powiedział Stanisław i zaczął opowiadać historię.- W podstawówce to był mój najlepszy kumpel, pamiętasz. Razem żeśmy naprawiali taką starą motorynkę, którą dostał po bracie. Ile to było radości i nerwów jak kolejny raz nie chciała odpalić a my już nie mieliśmy co sprzedać na nową część. Każdemu bym takiego przyjaciela życzył.

Jakeśmy byli starsi to się czasem widywaliśmy. On w jednej miejscowości mieszkał, ja w drugiej, ale umieliśmy czasem znaleźć czas na jakiś mały wypad. Potem z żonami, bardzo się zaprzyjaźniły. Ty może siostra nie pamiętasz, ale ta jego żona Danka czasem nas odwiedzała. A teraz gdy mojej Zosi już nie ma to kontakt się trochę urwał. Ale mówię sobie w końcu raz na mojej werandzie: stary albo w tą albo we wtą. Urlop mogę z Tobą spędzić i zawsze się przez to cieszę, że mam siostrę, ale reszta roku jakoś tak przemija pusta. Nie będę przecież się wam na głowę zwalał. To pomyślałem, że może napiszę do Franka i by się chłop chciał spotkać. Dla mnie dojazd to nie problem, chętnie się przejadę, a u nich w domu zawsze miejsce będzie. Tak przynajmniej mi mówili.

- I co? Udało się? Nic nie mówiłeś, że się z nim widziałeś.
- No widzieliśmy się 3 tygodnie temu. Nie było o czym gadać. W zasadzie spędziłem tam cztery dni a piątego uciekłem już do siebie.
- Uciekłeś? Co to znaczy? - zapytała kobieta.
- Słuchaj, Franek ma trójkę dzieciaków. Dwoje już nie mieszka w domu a trzeci młody chłopak jeszcze w szkole się uczy. I tak przyjechałem, podali mi jakiś obiad i wyszliśmy się przejść. Ja, Franek i jego syn. Gadaliśmy o różnych sprawach, opowiadał mi jak mu się układa w tym jego gospodarstwie i że Danka myślała czy nie pójść na sklepową, bo mają problemy ostatnio z opłatami. Idziemy, las, pięknie pachnie i nagle BACH. Leżę jak długi, poślizgnąłem się o jakieś mokre liście po wczorajszej ulewie. Już chcę wstawać, ale patrzę, że zaraz koło mnie jest cała taka rodzina malutkich grzybów. Ogromna, dawno tylu okazów nie widziałem. I mówię cholera, a wystarczyło się w język ugryźć: Franek, ty się znasz na grzybach? Te takie ładne. A on odpowiada, że nie, ale może się przyjrzeć. I tak patrzy, patrzy i mówi, że jego babcia go jak był mały zawsze na grzyby zabierała, więc wydaje mu się, że to opieńka miodowa. No to mówię: ale wydaje ci się czy wiesz jak sprawdzić?

- A daj ty mi spokój, opieńka jak nic. Za dzieciaka tyle czasu w lesie spędzałem, że na pewno jadalny. Co ty, Stasiu od razu w nerwach. Jutro tu wrócimy i zbierzemy to potem Danka je przygotuje. Ona kilka razy z babcią grzyby robiła, więc mówię ci, kolacja będzie cud miód jutro! I tak mnie uciszył. Już nie chciałem wnikać czy to mogą być jakieś trujące czy nie.
Dopiero w domu jak Franek poszedł gdzieś na chwilę, mówię do jego syna czy by mógł w jakiejś książce albo internecie sprawdzić, bo ja się na grzybach nie znam, a pamięć może mylić przecież, ludzka rzecz. Sprawdził, ale mówi, że on to zawsze ojcu ufa. Można pomylić z trującym jakimś gatunkiem, ale on się nie boi, bo ojciec ma dobre oko. I tak poszedłem spać, a rano znowu do lasu poszliśmy we trzech inną trasą, koło leśniczówki jego szwagra. I wtedy sobie Franek przypomniał o tych nieszczęsnych grzybach, skoczył po wiadro do szwagra i mówi żebym mu przypomniał, w którym to było miejscu. To mówię, że ja nie wiem, przecież las wielki, drzewa wszędzie podobne. Pamiętałem to miejsce, nie pierwszy raz byłem u nich, ale nie chciałem mieć wyrzutów sumienia potem jakby się ktoś potruł. I już się cieszę, że tam nie idziemy i sprawa zamknięta a tu Paweł mówi: Tata, ja pamiętam gdzie to było. Franek podchwycił i nie było odwrotu. Zebrał grzyby i wracalismy do domu. Oni obaj żartowali, a ja już nie wiedziałem z kim o tym rozmawiać w domu. Na szczęście okazało się, że Franek zapomniał powiedzieć Dance, po co się wybiera, więc kolacja już była gotowa. Zjedliśmy i poszedłem do kąpieli a potem jak już w kuchni sama Danka była mówię: Danka, pewna jesteś, że te grzyby jadalne? Mówiłem Pawłowi żeby sprawdził, bo tak mi świtało, że podobne kiedyś widziałem gdzieś na spisie tych co można pomylić z trującymi, ale chłopak tak w ojca zapatrzony. Pewna jesteś, że jadalne?

- Można je pomylić z innymi? - podłapała trochę wystraszona. Franek mówił, że on od dziecka grzybów nie zbierał. - mówię jej.
- A co ja mu powiem? On jak się już uprze to tak musi być i koniec. Zawsze grzyby moja siostra nam przywozi, bo tu w lesie to raczej marność i ani ja ani Franek nie zbieramy, ale ona teraz wyjechała za granicę, to nawet nie ma się kogo zapytać.
- No to wyrzuć, powiesz, że zepsute były albo coś wymyślisz. Czy to warto tak ryzykować dla jednej kolacji?
- Dobra, ty idź spać już. Ja jutro pogadam z Frankiem to mu wytłumaczę. - powiedziała i się uspokoiłem, że chociaż ona tam myśli racjonalnie.

Rano gdzieś samochodem Franek musiał do miasta jechać to mnie wziął też. W urzędzie nam czasu zajęło i wróciliśmy pod wieczór dopiero. Wchodzimy do domu a tu Paweł mówi: tata, kolacja czeka. Mama pyszny sos zrobiła! Patrzę a na stole garnek z sosem grzybowym... Myślę: Chryste, czy ci ludzie za grosz rozumu nie mają. Franek oczywiście w skowronkach ucałował Dankę i mówi, że jeszcze tylko papiery na górę odłoży i się zabiera do jedzenia. Ja już zrezygnowany siadam w tej kuchni, myślę co mam powiedzieć, żeby nie urazić i nie jeść, ale ostatecznie pytam Dankę.
- Danka, ty naprawdę te grzyby oprawiłaś? Nie boisz się? Nie słyszy się u was o zatruciach?
- Słuchaj, starego to mi nie szkoda, ale dziecku myślisz, że bym podała coś co by go mogło zatruć? Wczoraj po naszej rozmowie wzięłam dwa grzyby z wiadra, pokroiłam i zjadłam surowe. Gdyby coś z nimi było nie tak to bym ci tego teraz nie mogła opowiedzieć. Dziecku nie dam zatrutych grzybów. Co ty rozumu nie masz?



Czemu Sinatra miał rację?

Witam późną porą,

Chyba właśnie po to powstał ten blog. Czasem po prostu coś już tak wkurza, że nie da się tego trzymać w środku. Po co psuć się od wewnątrz jak można potruć też innych? Dzięki Ci, INTERNECIE!:D

Gdy byłam jakoś w piątej klasie, koleżanka z ławki, z którą znałyśmy się dość krótko, bo była nowa w klasie napisała na kartce NDPTZW. Wysilała się maksymalnie żeby napis był w stylu graffiti i wyglądał jak najlepiej. Wiedziałam, że lubi rysować, więc zamiłowanie do cieniowania liter mnie zupełnie nie zdziwiło. Wcześniej był czas słodkich króliczków, a teraz może po prostu pora graffiti? Chciałam mieć znajomą malarkę, do której mogłabym chodzić na wernisaże, więc lubiłam to jej hobby. Ale wiecie... chciałam wiedzieć o co właściwie chodzi. Co to za skrót. Raczej nie była typem X + X = W.N.M. więc podejrzewałam, że na pewno będzie głębia. Była większa niż myślałam.

- Nie słyszałaś tego nigdy? Nienawiść Do Policji Tak Zostałam Wychowana. - oświeciła mnie i wróciła wtedy do swojej pracy, a ja zaczęłam się zastanawiać czy jeszcze zostało nam dużo czasu na znajomość bez grypsów...

Dziś to do mnie wróciło. Pomijam wątek policji i gangsterskiej natury Kasi czy mojego zamiłowania do artystów z kryminalną rysą w tle. Bardziej przyszło to do mnie, bo po zmianie jednego słowa, mogłabym sama tworzyć takie napisy na nudnych zajęciach na studiach. I ja i większość z Was.

Nienawiść Do Siebie Tak Zostałam Wychowana

Niech rodziców nie bolą teraz tak mocno głowy, tak po prostu prowadziło nas społeczeństwo. Rodzice nie nauczą wszystkiego, a osobiście jestem zdania, że to mimo wszystko większą rolę wychowaniu jednostki ma jej zdolność do interpretacji znaków z zewnątrz, a nie ich intensywność. Bodźce mogą być duże a wrażliwość receptorów znikoma. Ktoś ma czyste sumienie, bo robi dużo, ale sygnał nie przechodzi dalej. Znika.


Wracając do tematu, kluczowym cytatem, który siedzi mi teraz w głowie są te słowa:


Ale problemem nie jest samo to, że się martwimy. To efekt jednego, głównego - porównujemy się. I zupełnie niepotrzebnie zestawiamy siebie z innymi osobami, które mają inne życia, inne problemy i inne możliwości.

Realizując jedne plany, nie jesteśmy w stanie realizować jednocześnie też innych. Dowiadujemy się, że znajomy ogarnął to od innej strony i zamiast realizacji tego co my, robi to drugie, które uznaliśmy za mniej ważne. A co jeśli nie jest mniej ważne? Co jeśli źle wybraliśmy?

Jesteśmy trochę wychowywani w potępianiu siebie samych. Wyglądamy w końcu na ambitniejszych i skromniejszych jeśli nie okażemy pełnej dumy i zadowolenia z punktu, w którym teraz jesteśmy i skupimy się na tym ile jeszcze nam brakuje do końca. Nie zapeszajmy i broń boże, nie myślmy, że mam prawo do własnej drogi i porównania z jakąkolwiek trasą KOGOKOLWIEK zupełnie nie ma sensu!

Patrząc na życie od tej strony, powinnam być dość załamana. Adele w moim wieku miała już na koncie swoją pierwszą płytę i pracowała nad kolejną. Miała kolosalny debiut a ja... piszę bloga i studiuję... Fascynujące, co?:D

Spotykam się ostatnio z taką falą, której znieść po prostu nie mogę. Nie ma czegoś takiego, że nie cieszę się ze swoich obecnych decyzji, bo ktoś zrobił to inaczej i będę się teraz okładać, że nie wpadłam na jego pomysł. Nie wpadłam, no trudno. Miałam inny i gdybyśmy mieli nawet ten sam plan, może czułabym się wtedy gorzej niż teraz, bo żałowałabym, że nie miałam jaj zrobić coś inaczej niż inni? Jeśli chcę coś zmienić to jasne, super będzie to zrobić, ale nie żałujmy swoich decyzji. Po co psuć sobie radość z posiadania własnej woli przez to, że naszej decyzji nie powiela masa innych osób? A jak powielą to poczujemy się jak ludzie bez tej woli... Człowiek to czasem chodzący paradoks.

Chciałabym żebyśmy się mniej porównywali. To prowadzi tylko do zazdrości albo wywierania na sobie głupiej presji, że nie jestem wystarczająco dobry. Trochę jestem, NO ALE...

Nie ma "ale". Mam prawo popełniać błędy i mam prawo nie spędzać każdej minuty na nauce siedmiu języków, rozwijania umiejętności obsługi jakiegoś sprzętu czy zdobywaniu fajnie wyglądającego w CV wpisu. Porównując się do innych, którzy postąpili inaczej, nie cieszę się teraźniejszością i po prostu nie okazuje wdzięczności, że ją mam.

A nie musiałam.



Sinatra przecież śpiewał:

I DID IT MY WAY...





Wierzmy w siebie bardziej i miejmy odwagę do przecierania własnych ścieżek. Choćby były nieziemsko kręte i zupełnie nieprzewidywalne. To NASZA własna historia.



Nie mam


Znów jestem nowa. Dostałam strój.

Czekam na kogoś, kto mnie zaprowadzi i pokaże co i jak.




Tylko jest różnica...









Nie mam cheetosów, z którymi znów schowałabym się pod biurkiem pani przedszkolanki.



Jestem jedną z TYCH polek...

Cześć nieznajomi,

Od roku trzymam w sobie historię, która często sprawia, że na pewien rodzaj wiadomości reaguję szczególnie źle.


Od kilku lat informacje o atakach w różnych stronach światach pojawiają się coraz częściej, ale nie czułam tego nigdy tak jak teraz. Każde krajowe wiadomości szczególną uwagę przywiązują do ilości ofiar polskiego pochodzenia. Chcemy wiedzieć co z rodakami. Co prawda, nie są dla nas żadnymi krewnymi, ale w takiej sytuacji czujemy mocną więź. Jesteśmy jednym i to wróg nas jednoczy. Nawet jeśli ofiara miała kiedyś babcię pochodzącą z Polski, czujemy się zobowiązani by chwilę o niej pomyśleć. To prawie polacy. A co z jej rodziną w naszym kraju? Co dzieje się po czasie medialnego szumu z tymi polakami? To przeraża, ale po kilku minutach ochłonięcia, oddajemy się sprawom, które dotyczą nas bardziej bezpośrednio - praca, szkoła, zrobienie obiadu. Wszystko co proste i odciąga od negatywnych myśli. To naturalne, że nasz mózg chroni nas przed przyjmowaniem na siebie całego ludzkiego cierpienia, ale...

Co jeśli powiedziałabym Ci, że jestem jedną z tych polek?

Przenoszę się do wakacji w zeszłym roku. Wychodzę jak każdego lipcowego dnia na przystanek i czekam na bus, który ma mnie zawieźć nad morze. To miły początek dnia. Jeden z pierwszych dni, gdy choć sprawy formalne związane z przeprowadzką mam załatwione i choć o jedno zmartwienie jestem lżejsza. Postanowiłam to uczcić i ubrałam sukienkę. Starannie choć delikatnie, się pomalowałam i myślałam co byś mi powiedział jeśli mielibyśmy okazję zaczynać ten dzień razem. Tak bardzo chciałam żebyś się uśmiechnął i cieszył się ze mną, że te piekielne papiery mamy już z głowy. Tęskniłam i Ty też, ale zostały nam jeszcze prawie dwa miesiące spotkań wyłącznie na małych ekranach.

Bus był punktualnie. Droga jak codziennie nieco się przedłużała. Liczba turystów wciąż wzrastała, a jedna droga wjazdowa do miejscowości gdzie pracowałam nikomu nie ułatwiała poranków. W końcu dojechaliśmy. Telefon zawibrował. To Ty. Witasz się i życzysz mi miłego dnia jak każdego ranka, gdy akurat nie masz chwili na dłuższą rozmowę. Na widok wiadomości od razu się uśmiecham, nie wiesz nawet jak bardzo...
Od śniadania nad morzem, które mam w ostatnie dni w zwyczaju, dzieli mnie już tylko kilka minut, gdy nagle dostaję od Ciebie kolejną wiadomość:

W METRZE, W MOIM WAGONIE ZNALEZLI PLECAK.

W pierwszej chwili naprawdę nie wyłapuję co masz na myśli i dopiero pisząc pytanie, przypominam sobie jakieś durne kompilacje umieszczone w internecie, w których ludzie podrzucają innym plecaki i torby na przystanku, do samochodu, ogrodu i w inne miejsca, a w tle narrator komentuje każdy moment porzucenia bagażu mówiąc RUN! Taki rodzaj "pranku". Właśnie sobie to uświadamiam. Próbuje coś napisać gdy mnie wyprzedzasz

JEST EWAKUACJA, MUSZE KOŃCZYĆ. ODEZWĘ SIĘ PO WSZYSTKIM. KOCHAM CIĘ MYSZKO

Napisałeś mi to z takim spokojem jakbyś regularnie był świadkiem takich zdarzeń, a wiedziałam, że to był pierwszy raz. I że się boisz.

Moja odpowiedź była dłuższa... Chciałam żebyś czuł, że przy Tobie jestem chociaż myślami i wiedział, że czekam na informacje. Czy wyprowadziło mnie to z równowagi? Nie. Nie jesteśmy przecież TYMI ludźmi, którym się zdarzają TE sytuacje. Wyjechałeś tylko do pracy na wakacje. Robisz dokładnie to samo co ja. Mieszkasz w innym miejscu, żeby mieć bliżej do pracy, jesz śniadanie, robisz sobie sam zakupy, przygotowujesz obiad, wychodzisz, wracasz zmęczony, kładziesz się spać a rano powtórka. Dzieli nas tylko 1000 km i nieco różnią się miasta i kraje, w których obecnie przebywamy. Tylko to.

Zrobiłam wszystko by wstać i maksymalnie spokojnie pójść w stronę sklepu. Byłam świadoma, że zaraz ubiorę fartuszek, poprzeglądam towary, przyniosę z zaplecza mleko kokosowe, a w tym czasie przyjdzie wiadomość, że wszystko już w porządku i to był fałszywy alarm. Duże miasto, zdarza się.

Przychodzę do pracy, wchodzę w krótki i nieco wymuszony z mojej strony dialog z szefową i czekam tylko aż wyjdzie. Coś mówi mi w mojej głowie, że już pół godziny, a tu nadal cisza. Kiedy po naszej rozmowie zostaję w sklepie wreszcie sama, postanawiam sprawdzić w internecie czy coś się stało. Otwieram wyszukiwarkę gdy do sklepu wchodzą klienci. Z uśmiechem podaję im jagodzianki, tłumaczę różnice między nimi i kasuję. Ten uśmiech mi we wszystkim bardzo pomaga. Przypomina o tym, że oboje go lubimy i różnych wspólnie spędzonych chwilach.

Nadchodzi chwila pomiędzy klientami gdy mogę jednak sprawdzić czy coś się stało. Oficjalnie. Piszę do Ciebie, ale nadal nie odpowiadasz. W sklepie ciągle są ludzie, więc nie mogę spróbować zadzwonić. Internet będzie szybszy. Wpisuje dwa słowa: nazwa miasta, zamach. Co czujesz gdy dowiadujesz się, że ktoś kogo kochasz i kto właśnie nie odpowiada na Twoje wiadomości po tym, gdy jechał w metrze, gdzie odkryto bezpański plecak, przez który zorganizowano natychmiastową ewakuację, przebywa właśnie w mieście, w którym najczęściej organizowane są zamachy terrorystyczne? Co czujesz widząc informacje, o których wcześniej nie miałaś pojęcia, że regularnie są tam ogłaszane przez policje zalecenia, że lepiej by mieszkańcy szczególnie uważali i w określonych porach omijali pewne punkty centrum, bo ryzyko jest tak duże? Co czujesz jak przychodzi do Ciebie nagle klient i zaczyna kłócić się o to, że w sklepie nie ma próbek chleba, a on nie zamierza nic kupować w ciemno?
Ja czułam, że nie znam już anatomicznych nazw warstw głowy od środka. Nie pamiętam części mózgu ani tego, że stres to moje wyzwanie. Czułam jakby ktoś nalał mi przez uszy wrzątku, a nogi przestały chcieć współpracować. Mam sobie radzić sama jeśli tak przeciążam mój organizm. SAMA. Cały urok tego słowa powodował kolejne napływy temperatury, a klient czekał na interakcję. Co miałam zrobić? Jak wam wszystkim pomóc? JAK?

Facet na szczęście szybko dał mi spokój opuszczając łaskawie sklep po tym, gdy do dziś nie rozumiem jak to zrobiłam, bardzo grzecznie odpowiedziałam mu na bezsensowne zarzuty. W końcu się udało. W sklepie pusto, więc mogę dzwonić. Wybieram Twój numer i w wyobraźni słyszę to irytujące powitanie, z którego zawsze się śmiejemy: PRZYJACIELU LUB PRZYJACIÓŁKO, NIESTETY NIE MOGĘ TERAZ ROZMAWIAĆ. ODEZWĘ SIĘ DO CIEB... nie kończę, bo słyszę coś zupełnie innego. Po kilku sygnałach uświadamiam sobie, że numer nie odpowiada. Zamieram. Wiem dobrze, że gdybyś mógł to od razu byś zadzwonił albo chociaż odebrał. Wiesz, że czekam. Napisałam Ci przecież jak bardzo się martwię i zwyczajnie boję. Usiadłam i siedziałam... Drugi numer. Ten pomysł przyszedł mi do głowy zupełnie nagle, ale przecież masz drugi, niemiecki numer. Czemu o nim zapomniałam? Wybieram zieloną słuchawkę i czekam. Tym razem przecież musi się udać. Wczoraj wieczorem to właśnie z niego do mnie dzwoniłeś. Czekam na Twój glos, ale jedyne co słyszę to beznamiętny komunikat po niemiecku, że numer jest niedostępny. Uhmm, więc tak wygląda sytuacja ludzi, którzy czekają na informacje o kimś bliskim, wiedząc, że brał udział w czymś przez przypadek? Boję się nazwać to coś nawet tylko w myślach... Nie ten czas i nie to miejsce, tak?

Zupełnie się rozkładam. Obsługuję w między czasie kilku kolejnych klientów, którzy wypytują o ksylitol, szukają bezglutenowych bułek i czekolady bez mleka, ale ciężko powiedzieć kto kontroluje to, co im odpowiadam. Nerwy schowały mnie gdzieś do tyłu, a nad ciałem kontrolę przejął racjonalizm, że na pewno nic Ci nie jest. Tylko... na jakiej podstawie? Szukam w głowie możliwości, dlaczego nie odpowiadasz. Twój telefon mógł Ci się przecież zwyczajnie rozładować. Mógł Ci też wypaść przy ewakuacji, gdy tyle osób spieszyło się by wyjść spod ziemi. Mógł Ci go ktoś wyrwać. Mogło się z nim stać tyle rzeczy... Wiem, że nie zapomniałbyś się odezwać w takiej sytuacji. Przecież to wiem.

Tak mówię, ale dzwonię kolejny raz do Ciebie a potem ostatecznie do mamy. Kolejna chwila przerwy między klientami a ja już nie mogę tego trzymać w sobie. Muszę komuś powiedzieć i pamiętam zbyt dobrze zasadę Le Chateleria z chemii... Im bardziej działasz czymś na układ, tym bardziej on przeciwdziała temu, co chcesz osiągnąć. Matura z chemii naprawdę nie była żadnym stresem. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co to stres...

Mama powtarza moje racjonalne myśli. "Odezwie się, nic się nie mogło stać". Kończąc rozmowę niezręcznie tylko dodaje "Jak tylko będziesz coś wiedziała, daj mi znać." Ach. Czyli ona też się wystraszyła, mimo tych wszystkich uspokajających mnie słów...

Dzwonię do Ciebie jeszcze kilka razy i ciągle ta sama informacja. Mam dość.
Jest 15:30, niedługo ruch się zwiększy i na tym staram się skupić. Po krótkiej przechadzce po sklepie, widzę gdzie i czego brakuje. Idę na zaplecze ułożyć kartony, a potem malutkie sojowe mleka. Sortuje i staram się oddać całe swoje skupienie staranności, gdy czuję wibrację w kieszeni. SMS.


JESTEM, PRZEPRASZAM, ROZŁADOWAŁ MI SIĘ TELEFON. MUSIAŁEM OD RAZU IŚĆ DO PRACY PRZEZ OPÓŹNIENIE Z METRA





Skończyłabym to wszystko na tym zdaniu, ale los dopisał do tego dłuższe rozwinięcie. Gdy wieczorem wracałam samochodem z szefową, przejeżdżałyśmy koło jakiegoś kościoła. Tuż przy nim wisiał wielki plakat:

"... Rozpoznać twarz Chrystusa w uchodźcach..."

Ale to zdanie także nie zakończy tego wpisu, bo nie posądzam nikogo tylko z powodu jego wiary czy pochodzenia, o to, że mógłby być zagrożeniem. W jego mniemaniu ja też mogę nim być. Teoretycznie. Najgorszy dzień skończył się telefonem. Znów od Ciebie.

Było chwilę po 22 gdy zobaczyłam, że dzwonisz. Pracę miałeś skończyć o 24 jak zawsze, więc byłam zdziwiona.

- Widziałaś smsa? Prosiłem koleżankę, żeby napisała Ci, że wszystko w porządku. Mój telefon jest rozładowany.

Znów miałam problem by zrozumieć co masz na myśli i zapytałam wprost. Cieszyłam się, że wszystko w porządku, ale z drugiej strony... Wszystko przecież mi już wyjaśniłeś w dzień i pamiętasz. Czemu miałabym się martwić?

- Nic nie słyszałaś? Zobacz w internecie, tuż przy naszej fabryce jakiś facet zastrzelił kilka osób, a w mieście w różnych miejscach też się coś działo. Policja mówi, że to kolejny zamach. Wpisz w internecie: nazwa miasta, zamach.




Dzieliliśmy dokładnie ten sam dzień, 22.07.2016, Monachium



Renia, ja mam tylko 20 lat...


Budzi Cię dzwonek telefonu. SIÓDMA? Kto to może być, przecież mam dziś wolne i lekarza na dziesiątą. Tak myślisz, ale 2 minuty później już wiesz, że wolne się ulotniło, a zamiast miękkiego łóżka, leży pod Tobą właśnie stosik żarzących się kamieni, które motywują do spełnienia przeklętego obowiązku.

Przychodzisz lekko spóźniona, z równie lekkim makijażem. Nie było czasu na zwykły. Ubierasz fartuch i sprawdzasz czy Aśka zostawiła Ci wszystkie pojemniki w wózku. Brakuje jednego, cholera. Pierwsza próba Twojej cierpliwości - wynik pozytywny. Ktoś Ci go pożyczył. Czekasz z innymi dziewczynami na przyjazd wielkich kotłów. Powoli jadą, z tymi kosmicznych rozmiarów chochlami. Są. Już tylko załadować i na oddział.

Winda znów nie działa. Jak się tam teraz dostać? Brakuje Ci przekleństw, ale przypominasz sobie, że przecież jest jeszcze jedna winda na korytarzu. Będzie dalej, ale będzie. Wjeżdżasz wózkiem na oddział i skręcasz do kuchni. W końcu nikt nie będzie patrzył. Patrzysz w lustro w windzie i przypominasz sobie, że jedziemy w niej razem. Poprawiasz jeszcze włosy, fartuch i jesteśmy na odpowiednim piętrze. Wysiadka.

Zamykamy drzwi i spokój. Cisza. 

Woda? Może woda z cytryną lub miodem? Pytasz mnie i nalewasz w zasadzie bez usłyszenia odpowiedzi. Po chwili dołącza do nas pani Jasia. Jest dużo starsza, ale wigorem przebija nas obie razem wzięte.

- O, widzę, że młodziutka dziś też z Tobą do pomocy. - mówi z uśmiechem a Ty lekko potakujesz i bierzesz się za wyjmowanie talerzy. Pytam czy mogę pomóc i zaraz to ja przejmuję tą rolę, a Ty otwierasz po kolei pojemniki.

Cukrzyca, trzustka, wątrobowa, bezgluten... Rutyna.

Pieczywo i twaróg rozłożone tam gdzie trzeba, więc pora na masło. Kiedy ja zastanawiam się ile faktycznie jest masła w maśle, Ty nerwowo zerkasz w małe lusterko, które nosisz w torebce. Rozdawanie śniadań idzie nam bardzo sprawnie. Pacjenci dziś wyjątkowo mniej marudzą, a ja, ze względu na miłe wspomnienia z debiutu, także staram się umilić im ten czas i wnieść iskierkę w często zmęczone oczy. Przypomina mi się historia, którą opowiadała kobieta, która pracuje na zmianę z Tobą. Kiedyś winda była tak długo zepsuta, że zwłoki w workach także znoszono po schodach, na których często widzę przypadkowe osoby, rodzinę przychodzącą w odwiedziny do pacjentów i liczącą na poprawę ich samopoczucia...

Kończymy rozdawać śniadanie, wracamy na nasz oddział do kuchni i jemy śniadanie. Jeszcze chwilę z Tobą siedzę, słuchamy radia(wrażenia jakie robi na mnie magnetowid z symbolem AC/DC nie psuje nawet fakt, że jest nastawiony na stację disco polo i kolejny raz słyszę "Nie przestawaj tańcz, bogini seksu...". Na zegarze 9.30, więc żegnam się i schodzę do pokoju, w którym prawdopodobnie spędzę najbliższe godziny na nauce na egzamin, a potem wrócę do Was na obiad.

Mi też ktoś wydaje polecenia, co kończy się tym, że przychodzę w wyjątkowo dziwnej porze. Już po śniadaniu a jeszcze długo do obiadu. Kazano mi pójść na dwie godziny posiedzieć na oddziale. Ale na którym? Jako, że  chodziło o zapchaj dziurę, a drogę pamiętam tylko do dwóch oddziałów, wybieram Twój. Zwyczajnie było normalniej.

Pytam czy mogę zostać i po chwili kolejny dziś raz witam się z panią Madzią. Uśmiechnięta od ucha do ucha opowiada o tym jak pojechała rowerem na peryferie do sklepu, gdzie pracowała kiedyś jej córka i kupiła sobie sukienkę na wesele kogoś z rodziny. Odgryza kolejny kawałek kaszanki i opowiada dalej, tym razem o butach. Takich za dwie dychy. One są bardzo ładne, ale tylko na raz. Na wesele i do śmietnika!

Wszystkie śmiejemy się, gdy historie się nie kończą. Jedynie kaszanka. Gdy Madzia kontynuuje, szukasz czegoś w torebce. Jest. Lusterko. Wyjmujesz też malutką kosmetyczką - fluid, tusz do rzęs, puder.

Madzia zaczyna mówić o tym, jak mało zarabiacie w stosunku do ciężaru pracy. Przewija się temat marudnych kierowników, wywyższających się sprzątaczek.

- Gdybym była sama, nie utrzymałabym się z tej pensji. - mówisz nakładając kolejne warstwy tuszu na rzęsy.

Dyskusja staje się coraz bardziej żarliwa, poglądy spotykają się w jednym miejscu. Tylko czy to coś zmienia? Temat staje się jeszcze bardziej irytujący, bo nikt się za Waszymi prawami niestety nie wstawia. Miejscowo nakładasz podkład i rozprowadzasz po całej twarzy. I coś wychodzi... Musisz po pracy iść ze swoim partnerem ustalić szczegóły jutrzejszego spotkania z komornikiem.

- Nie martw się, dziewucha, oni najczęściej wchodzą na pensję i pobierają z tego opłaty. Nie będą Ci nic wynosić z chałupy.

Wydaje się, że te słowa i tak niespecjalnie Cię pocieszyły. Warstwa makijażu też na nic nie wpłynęła. A Ty mówisz dalej...

- Oby innym się bardziej poszczęściło. Nie to co my. Oby się młodziutkiej udało, bo to nie jest życie jak teraz. I jeszcze te wszędzie te zołzy, które tylko plotkują. Przychodzisz nowa do pracy, a następnego dnia każdy cię zna i chce tobą rządzić. Ludzie uciekają. Dziewczyny młode przychodzą do pracy a po kilku tygodniach odchodzą, bo tu nie warto siedzieć.

Jeden z niewielu razy mówisz coś tak bezpośrednio o mnie. Co zrobić, żebyś zobaczyła, że nie jesteś w przegranej sytuacji? Pani Madzia potrzebuje jeszcze tylko 1,5 roku do emerytury. Ty masz przed sobą co najmniej 20 lat pracy... Co mam Ci powiedzieć? Że wierzę, że w każdym wieku można się uczyć i warto być panem swojego losu? "Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem"? 

Mogłabym naprawdę wiele, ale czy byś mi, młodej dziewczynie, chociaż uwierzyła gdybym Ci powiedziała, że nie potrzebujesz takiej warstwy makijażu, bo to już wystarczy i wygląda dobrze?  Że jedyne źródło, w którym warto szukać to Ty i że zawsze jest szansa na zmianę warunków w jakich się żyje? Że jesteś silną kobietą, którą stać na bardzo wiele, ale która nie dostrzega w tych wszystkich latach, które już za nią, masy powodów do dumy?

Być może nie dotknęłoby mnie to tak, gdybyś nie była kolejną kobietą w tym wieku, która zapomniała jak wiele może.W czasach gdy babcie mają konta na instagramie i wrzucają tam zdjęcia swoich kuchennych poczynań, a młode dziewczyny z kolei chwalą się "zdrowym trybem życia" i chodzeniem na siłownię, jest grupa pomiędzy, która uznaje swoje istnienie za przegrane. To mnie boli.

Powiedziałabym Ci wtedy to wszystko, jak kolejnej osobie, w której chciałabym rozpalić iskrę wiary w siebie, ale... ja mam tylko 20 lat.




5 moich ulubionych patentów na naukę angielskiego

Witajcie!

Angielski dziś to w wielu środowiskach już absolutny standard, ale jednocześnie z perspektywy studencko - uczniowskiej wiem jak wiele młodych osób ma i tak z nim problem i jak łatwo nieużywana wiedza się ulatnia. Ze względu na to, że sama zaczęłam naukę dość późno, a o utrwalanie muszę stale dbać, postaram się jak najlepiej opowiedzieć Wam o pięciu ulubionych drogach nauki, które doprowadziły do tego, że spokojnie sobie radzę. Większość z witryn, o których poniżej wspominam, oferuje naukę również innych języków niż angielski, którego się dziś tak uczepiłam;) Zapraszam do czytania!

über alles

Najpierw króciutki wstęp. Odkąd tylko zaczęłam w podstawówce języki, maksymalnie pochłonął mnie niemiecki (wybrany przeze mnie, do dziś nie umiem powiedzieć dlaczego), jako wiodący. Byłam bardzo wkręcona w logikę słowotwórczą i wszystko co związane z czarno - czerwono - żółtą flagą sprawiało mi dużą frajdę. (Ryzykownie skonstruowane zdanie, ale chyba nikt nie pomyśli, że jestem fanką nazizmu;))

Wracając do języków, równocześnie miałam też zajęcia z angielskiego, ale były to naprawdę podstawy, przez co nie byłam w stanie zbyt wiele tłumaczyć, nie wspominając o swobodzie językowej. Przechodząc różne muzyczne perypetie, poprzez Tokio Hotel w wieku lat dziesięciu, trafiłam w gimnazjum na Rammsteina i jak się pewnie domyślacie, kult niemieckiego kontynuowałam w najlepsze. Myślałam nawet czy nie wybrać studiów pod tym kątem do czasu, gdy trafiłam do liceum.

Ze względu na zbyt małą liczbę chętnych na rozszerzenie z niemieckiego, byłam zmuszona chodzić na zajęcia do grupy z angielskim i się zaczęło... Absolutnie obrażona na los stwierdziłam, że książka od angielskiego, którego polubić nie chcę może mi służyć głównie jako podkładka gdy siadam na przerwach na zimnych schodach... Tak też było jakieś pół roku, dopóki pod wpływem kilku większych czynników uniemożliwiających mi kombinacje by uczyć się niemieckiego, zaczęłam się na ten język bardziej otwierać.

Ze względu na to, że osoby w mojej grupie miały w większości angielski od przedszkola, na początku miałam problemy. Szczególnie z tą piekielną swobodą. Ale ile czasu można tłumaczyć się przed sobą i innymi, że mając język na niższym poziomie i przez dużo krótszy okres, będę już po prostu odstawać i muszę mieć taryfę ulgową?

Oto 5 moich ulubionych sposobów nauki angielskiego (i ogólnie języków):



1. Quizlet

http://www.rcsdk12.org/Page/35574


Absolutny faworyt. Jeżeli kiedyś uczyliście się z papierowych fiszek to już wiecie na czym polega działanie tej witryny. Tworzymy listę słówek w dwóch językach, a następnie do każdego (z wyjątkiem słów typu odbyt, kolonoskopia i podobnych, o czym przekonałam się na własnej skórze) macie propozycje kilku obrazków.

Ta strona tworzy za Was fiszki, z których można potem się uczyć przeglądając je, wybierając który język ma być jako pierwszy, czy HEAD - GŁOWA czy GŁOWA - HEAD i co najważniejsze - słówka są czytane, co jest genialnym wsparciem dla wszystkich w tym mnie, którzy uczą się również ze słuchu.



Quizlet umożliwia nam tworzenie folderów ze słówkami, daje opcje "zaznacz gwiazdką" słówka, które sprawiają szczególny problem (potem mamy możliwość nauki wyłącznie gwiazdkowych słówek, co jest bardzo pomocne przed zaliczeniami, gdy przypomnieć musimy sobie tylko trudniejsze wyrażenia), współdzielenie się z nimi za pomocą linku z innymi a także inne opcje nauki dla osób, które nudzą się wyłącznie przeglądając fiszki.

Można zagrać w grę, gdzie za niepoprawne wpisanie wymaganego słówka zostajemy uderzeni, z fiszek układane są memory albo tworzony test, który także ma kilka kategorii - zadania na wybór słówka po spojrzeniu na obrazek, zadania na wpisanie słówek, zadania a,b,c. Oprócz zakładania własnych folderów, mamy dostęp do tych, które opublikowali inni użytkownicy (sami wybieramy czy nasz folder ma być publiczny czy nie) i możemy bez marnowania dodatkowego czasu, korzystać np z list słówek z działów konkretnych podręczników albo spisów stolic w poszczególnych stanach itp. Możliwości jest naprawdę masa.




Jest to naprawdę genialna platforma i komu tylko mogę, serdecznie polecam. Żałuję, że w liceum jeszcze o tym nie wiedziałam, bo miałabym dziś dostęp do szerszej bazy słownictwa zapisanego w folderach na moim koncie, a nauka byłaby duuuużo szybsza i przyjemniejsza:)) Co warto zaznaczyć, jest to strona na której założycie konto za darmo. Dopłacić można za jakieś bajeranckie obrazki jeżeli nie jesteśmy w stanie wybrać żadnego z 6 proponowanych dla naszego słówka, ale osobiście uważam, że można spokojnie przeżyć z tą szóstką i nic nie dopłacać;)

PS: Quizlet od jakiegoś czasu jest dostępny także w formie aplikacji, więc wymówka, że nie ma w domu czasu na naukę słówek jest naprawdę słaba, bo można się uczyć dosłownie wszędzie i kiedy tylko się chce.


2. Globalne czaty


To temat, który szerzej poruszałam na CO TY MASZ NA GŁOWIE w poście, w którym opisuję zagraniczne metody naturalnej pielęgnacji włosów. Na czat trafiłam w zasadzie z nudów. Po rozmowach z masą osób i szeregiem nieszczęsnych HORNY BOYS, myślę, że mogę się na ten temat wypowiedzieć w końcu pełniej.

Czat, na którym najpierw pisałam był globalny, więc było tam czuć, które rejony mają największe wpływy ilością osób. Najwięcej było ludzi z Indii, szczególnie takich , którzy na starcie po napisaniu HEY od razu prosili o link do konta na facebooku... Magia nowych znajomości?:D Szczerze mówiąc, na naprawdę wiele osób, z którymi rzeczywiście rozmawiałam, poznałam może maksymalnie 5 takich, z którymi był to przyjemnie spędzony czas. Jednak większość z tej piątki poznałam na czacie ukierunkowanym tylko na angielski, więc zaczęłam wystrzegać się globalnych.

Zalety? Poznawanie ludzi w absolutnie różnym wieku, sytuacji materialnej i części świata. Gdy byłam tam aktywna, znaliśmy się nawzajem mniej więcej i spośród osób, które najbardziej pamiętam był np. emerytowany pilot Leo, który potrafił przysnąć w trakcie rozmowy; 35 mężczyzna z Uzbekistanu, który potrafił opowiedzieć mi więcej o naturalnej pielęgnacji włosów w jego kraju niż kobiety, które pytałam; rosjanka opowiadająca mi o metodach pielęgnacji włosów przez jej babcię; para, która chciała mi wysłać po kilku wymienionych zdaniach swojego facebooka żeby przedstawić mi swoją rodzinę i pokazać jak żyją; chłopak, który po półgodzinnej rozmowie oświadczył, że od teraz jestem jego dziewczyną ze względu na nasz "staż"... Ludzie są naprawdę różni i mają całkiem odmienne pobudki logując się na czacie. Można spotkać naprawdę wiele osób, które mimo "fajnej" pracy, nie umieją sobie ułożyć życia prywatnego albo jakieś mają, ale nie potrafią się nim cieszyć, bo wierzą, że u innych słowo DOBRZE znaczy coś lepszego niż u nich.

Może brzmię trochę pesymistycznie, ale ze względu na to, że udało mi się zdobyć znajomość na ponad pół roku, polecam taką formę nauki. Nic jak codzienne używanie języka w rozmowie i tłumaczenie swoich myśli, nie było dla mnie tak skuteczne. Oprócz tego na czacie nauczycie się jeszcze nie tylko angielskiego jako takiego, ale również internetowych skrótów, których niektórzy trochę nadużywają pisząc np.:

hi


h r u


asl?


Zapomniałabym, to także świetny sposób na wyleczenie się z kompleksów. Wiele osób, które znam, wstydzi się mówić po angielsku, bo boją się złej wymowy. Na czacie czy być może jakiś innych formach rozmów (np. głosowych) można naprawdę zobaczyć i usłyszeć, że każdy ma inny angielski i nikt się tym nie przejmuje! Co lepsze, okazało się, że budowane przeze mnie zdania oparte na kilku prostych czasach, z ominięciem tych, z którymi miałam większe trudności, wcale nie odstają i w żaden sposób nie uniemożliwiają mi komunikacji, a przy odrobinie chęci pozwalają na wyciąganie gramatycznej wiedzy z tego, jak piszą użytkownicy, których angielski jest faktyczne lepszy.

Ja rozmawiałam szczególnie na englishchats.org


3. Ororo.tv


www.ororo.tv


Tu uderzamy już w klasyczny punkt na liście nauki angielskiego - filmy i serialne bez tłumaczenia. Ororo to o tyle ciekawa witryna wśród innych tego typu, które widziałam, że można tam modyfikować pod siebie prędkość odtwarzania, czemu oczywiście towarzyszy opcjonalna obecność napisów. To szczególnie użyteczne gdy zaczyna się naukę i nie jest pewnym czy wszystko się wyłapie ze słuchu. Zmniejszenie prędkości i napisy - gwarancja większego zrozumienia!




Ja dzięki tej stronie trafiłam na bardzo sympatyczny serial pt. "Freaks and geeks", który oglądałam bez tłumaczenia (w większości jednak na youtubie, a nie na ororo. Słownictwo nie było tak wymagające żebym zwalniała ) i nieznane słówka, które tłumaczyłam na bieżąco, zapisywałam na quizlecie, co potem rzeczywiście poprawiało moje rozumienie treści przy oglądaniu kolejnych odcinków.

Niestety ten serial miał tylko jeden sezon i mimo fantastycznej atmosfery i bardzo pogodnego przekazu nie znalazł wówczas większego grona odbiorców nad czym bardzo ubolewam:C Obecnie jestem na etapie poszukiwania godnego następcy.


4. Lyricstraining


Kolejna świetna strona, tym razem bardziej w kategorii muzyka. Jest to coś w rodzaju edukacyjnego youtube'a. Możemy wybierać teledyski z różnych gatunków - dla wielbicieli ciężkiej muzyki też się coś znajdzie (czarne dusze łączmy się!).

Najpierw wybieramy poziom:



A potem wszystko polega na tym, że w tekście piosenki, który jest wyświetlany w trakcie odtwarzania teledysku, na bieżąco musimy wpisać w luki słówka, które słyszymy (albo po prostu pamiętamy znając słuchaną piosenkę). Gdy tego nie zrobimy, piosenka zatrzyma się i mamy opcję spróbowania jeszcze raz - nagranie cofa się do zdania, w którym mamy coś uzupełnić. 

To zatrzymywanie to naprawdę dobry patent dla mnie, która dłuuugi czas nie chciała mimo wszystko próbować zrozumieć ze słuchu, a co najważniejsze - pozwala poznać pisownię wielu słów, których czasem zwyczajnie nie znam, a jeśli nie znam, nie jestem w stanie ich wyłapać z samych nagrań bez przeczytania. Potem magicznie okazuje się, że jakieś nowo poznane przeze mnie słówko istnieje od dawna też w innych piosenkach, ale wcześniej moje ucho nie umiało go wyłapać przez brak kontaktu z oczami. Mam nadzieję, że rozumiecie co mam na myśli:)




5. Po prostu czytać, myśleć i... mówić!

myśleć

Niezależnie czy jesteście jakoś motywowani pytaniami przez otoczenie, warto tłumaczyć na inny język swoje myśli. Jest z tym  tyle dobrze, że po pewnym czasie można się już przyzwyczaić i równocześnie myśleć "na dwa języki". U mnie to chyba najważniejszy punkt w nauce angielskiego i rozpoczęty już kiedyś, gdy jeszcze nie uczyłam się tak naprawdę angielskiego na poważnie, a oglądając jakieś nudnawe seriale zaczęłam w głowie próbować tłumaczyć dialogi, używając słownictwa, które wówczas miałam. Choć było dość ubogie, kombinowałam i dziś zawsze się śmieję, że jestem w stanie przekazać każdą informację, niezależnie od dziedziny, do której się zalicza. Wszystko jak najprościej. Jeśli będziecie tak kombinować, będziecie w stanie przekazać każdą informację, niezależnie od obszaru, który ona obejmuje. Będzie prosto, ale zapewnia to komfort, że w żadnej sytuacji nie będzie opcji, że nie znam odpowiedniego słówka i ktoś mnie negatywnie zaskoczy, sprawiając kłopot z komunikacją.


pisać

Listy TO DO (na początku na wzór jakiś znalezionych w internecie, jeżeli jest problem z tym jak poprawnie sformułować punkty), pamiętnik po angielsku, prace do szkoły i wszystko co wpadnie do głowy!

czytać

Tak jak wspominałam w poście o TUMBLR, również dzięki kontu tam jestem codziennie pozytywnie zmuszona do przypominania sobie słówek chcąc tłumaczyć różne wpisy albo cytaty.  Serwisy informacyjne interesują mnie już mniej, ale także są dobrą alternatywą dla klasycznych metod. Tak samo anglojęzyczne blogi, anglojęzyczny YouTube (kanały w dziedzinie, która nas interesuje - warto korzystać z dostępu do tyyyylu języków, których przedstawicieli tam znajdziemy).
Chętnie czytałabym też niektóre książki w oryginałach, ale przeważnie przypominam sobie o tym np. w kontekście Olivera Sacksa albo poezji Morrisona, co byłoby dość problematyczne ze względu na średnio przeciętny język... Ale jeszcze wspólnie się przekonamy - zacznę tak czytać!:D

mówić

To najprostsze a najtrudniejsze. Znam osoby, które znają angielski w stopniu komunikatywnym a mają maksymalną blokadę by go użyć i wolą poczekać aż zrobi to ktoś inny gdy np. ktoś na ulicy je zaczepi i o coś spyta. Dla mnie studia były pod tym względem fantastycznym krokiem, bo zaczęłam mieć częsty kontakt z angielskim mówionym. Czasem potrzebne jest aby komuś coś wyjaśnić, czasem chcąc nie chcąc trzeba wysłuchać czyiś opowieści w tramwaju gdy jedzie grupa z Erasmusa, wymienić komuś sos, który wcześniej kupił a nie zna słowa ZWROT a czasem na zajęciach wykładowcy używają prezentacji, które są po angielsku i to z nich należy się uczyć na zaliczenia (angielski statystyczny boli, ale przynajmniej zna się DATE, RANGE, SAMPLE...).


Te wszystkie punkty, gdy tylko się w któryś już wplączę, pokazują mi jak bardzo żałowałabym nie decydując się na naukę angielskiego kilka lat temu. Na ten moment nie wyobrażam sobie siebie dzisiaj, nie znające tego języka. Leżałabym na wielu płaszczyznach.


Wiem, że temat tego posta może wydać się niektórym osobom bardzo dziwny, bo tak jak na wstępie wspominałam, angielski jest już standardem. Jednak zawsze warto go szkolić, nie tylko w wyraźnych problemach, a w szkole nie zawsze jest informacja o wskazówkach jak to robić, nie opierając się wyłącznie na suchej nauce z książki i zeszytu;)


A Wy korzystacie ze wspomnianych witryn? Macie jakieś swoje ulubione drogi nauki języków?:))




Warsztaty teatralne dla bezdomnych i... dla Ciebie? Jak poczuć się POTRZEBNYM?

Witajcie,

Najpierw trochę mało optymistycznie, ale szczerze.

Ostatnia połowa zeszłego roku była dla mnie stopniowo rozpędzającym się kołem. Toczyło się najpierw ze mną, kurczliwie trzymającą się szprych, a potem zaczęło mnie tam już duchowo ubywać. Nie mogłam znieść prędkości i tego, że nie mam na nią żadnego wpływu. Nic. Hamowanie awaryjne za pomocą nóg, które świetnie sprawdzało się na kajakowych spływach w chaszczach, także nie przynosiło ulgi, a wręcz przeciwnie - pokancerowaną skórę. Zaczęłam coraz częściej wypadać i poddawać się wizji, że to siła koła będzie od teraz sterować tym, co teoretycznie powinno należeć do mnie. I zaczęłam się zastanawiać:

 Czy to możliwe, że dziś mam problem z rzeczami, które kiedyś nie wprawiałyby mnie w tak rozległy paraliż i były do pokonania?

Co takiego istniało wtedy we mnie, że po prostu DAWAŁAM RADĘ?


I wreszcie: Czego mi brakuje?



Nieoczekiwanie znalazłam odpowiedź w opisie mojego profilu na książkowym portalu...


Gwiazda ze spalonego teatru


Przez wiele lat byłam w grupie teatralnej, która zajmowała się pantomimą. Równocześnie zaczęłam wtedy też przygodę ze szczudlarstwem. Bardzo wciągnęłam się w teatr i, nie zdając sobie wtedy z tego sprawy, to właśnie przynależność do grupy i zbieranie uśmiechów i oklasków, trzymało mnie wtedy w ryzach i pomagało podchodzić do wszystkiego z większym dystansem. Po kilku latach istnienia nasza grupa musiała jednak zostać rozwiązana, a temat odłożyłam do szuflady ZAPOMNIANE. Leżał tam dokładnie 6 lat, w czasie których jakiś czas grałam w zespole metalowym, wybrałam klasę w liceum, zdałam maturę i studiowałam. Do dnia gdy trafiłam na ogłoszenie zamieszczone przez pewien teatr.





Przeglądałam kilka ofert zajęć, ale jedna uderzyła mnie najmocniej. Warsztaty teatralne dla bezdomnych. Przez wzgląd na moje upodobanie do tego, co różne, zaczęłam przeglądać zdjęcia z tych spotkań i nie mogłam przestać się uśmiechać. Ale, ale... Przez chwilę jednak ciężko mi było uniknąć sceptycyzmu. Co te zajęcia zmienią w ich życiu? Nie znajdą za nich pracy, mieszkania. Nie załatwią dokumentów. Nie pomogą w odnowieniu kontaktów z rodziną, która być może czeka i byłaby w stanie pomóc w powrocie do normalności.

Dziś całkiem rozumiem ten pomysł. Tak samo z polecaniem wolontariatu osobom bezrobotnym. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak prowokacja - człowiek, który stracił pracę powinien zamiast szukać nowej chodzić gdzieś i pomagać innym. Za darmo?... Tylko czy nigdy nie doświadczyliśmy ze strony innych takich uczuć, które nigdy nie mogłyby być zastąpione przez pieniądze? Czy poczucie własnej wartości, bezpieczeństwo i co najważniejsze, poczucie misji i tego, że jestem potrzebna, nie powinno być jako punkt wyjścia do późniejszych działań?

Wolontariat czy te zajęcia to nie czynności, które zajmują całe dnie. A mogą dać duuużo więcej pożytku niż całe dnie wyłącznie przesiedziane przed komputerem w poszukiwaniu ofert pracy.
Gdybym kilka lat temu miała tą świadomość, myślę, że pomogłabym kilku osobom, które miały problem by uporać się same z sobą w czasie utraty pracy i uświadomienia sobie marnych szans na znalezienie kolejnej. Gdy najprostsza rada to ZNAJDŹ NOWE ZAJĘCIE zamiast bardziej pomocnej ZNAJDŹ NOWE ZAJĘCIE, DZIĘKI KTÓREMU BĘDZIESZ CZUŁ SIĘ POTRZEBNY. Wydaje mi się, że wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo potrzebują poczucia, że są potrzebni i że to nie jest żadna słabość, a coś dzięki czemu myśli się o sobie lepiej i ma przez to więcej siły do podejmowania prób zmiany swojego życia.

Co stało się potem?

Znalazłam grupę, do której mimo obaw (nowe miasto, ludzie, miejsca, nowe wszystkooo) PO PROSTU dołączyłam. Naprawdę, było czymś pięknym, móc cieszyć się ponownie z brania udziału w rzucaniu niewidzialną piłeczką, tworzeniem swojej postaci przestrzennie gestami powiększając i zmniejszając tu i ówdzie ciało i wielu innych ćwiczeniach, o których zapomniałam.

Okazało się, że jestem w stanie szybciej wrócić do równowagi, gdy zwyczajnie mam sferę, w której jestem ceniona. Że nieprzyjemny ton pani, z którą zmuszona jestem rozmawiać telefonicznie po raz kolejny, rusza mnie już zdecydowanie mniej niż przed powrotem "na scenę". Że mam punkt odniesienia, które mi brakowało, żeby puścić do siebie oczko i umniejszyć wszystko co negatywne, a skupić się na wyolbrzymianiu pozytywów.

Piszę to, bo może wśród Was są także osoby, które odłożyły w zapomnienie coś, co sprawiało im frajdę i pomagało się odstresować. Obawiam się, że przy dzisiejszej prędkości świata nie mamy możliwości żyć bez stresu, więc warto byłoby sobie przypomnieć i zmotywować się do podjęcia najważniejszego kroku - zadbania najpierw o siebie!


Co myślicie o takich pomysłach? Co sprawia, że Wy czujecie się potrzebni i zmotywowani do działania?:)