Metoda pustego krzesełka

W czarnym pokoju, przy małym stoliku
Stoją krzesełka. Krzesełek bez liku
Każda osoba ma jedno dla siebie
Nie ma więc pospiechu, nawet gdy się ktoś grzebie
W prezencie je dano - rozmyślam wśród grona
I myślę czemu w ogóle byłam zaproszona.
Uwiera siedzisko, a oparcie haczy
Boję się, że zaraz ktoś jeszcze to zobaczy
Próbuje się prostować, jak inni zwykle robią
Podglądam ich subtelnie chociaż mi stopy skrobią
Nogami swoich krzeseł, lecz nic nie mówić wolę.
Może źle trzymam nogi. Siedzimy teraz w kole
A każdy jest skupiony tylko na swym krzesełku
I choć panuje cisza, czuję się jak w zgiełku.
Uspokajam swe myśli, układam w głowie wszystko
Spróbujcie teraz chwalić, zawołajcie "ARTYSTKO"
Nie spojrzę na was wcale i oprę się wygodnie
Nieważne czy spódnicę czy też założyłam spodnie.
Wypełnię sobą każdy centymetr siedziska
By powierzchnia się stała dla mnie w końcu bliska
Przesiąknę nią zupełnie, skupię się na oddechu
Na nigdy pozostawię rozpatrywanie grzechu
Popędzę myślą naprzód i zwiedzę kontynenty
I nie wrócę już wcale w drzazg niedogodności odmęty!
Możecie krzesłem bujać i podcinać mu nogi
A ja z niego nie spadnę, choć plan wasz będzie wrogi.
Zawieje silnie a ja włosami się okryję
Tylko wiatr będzie dotykał moją skórę i szyję
Poczekam aż nóg krzeseł zapłoną jak pochodnie

Czemu nie mówiliście, że może być tak wygodnie?



Gdyby to tak zawsze wyglądało...

Z korytarza dobiegały dźwięki jazzu, a na zegarze zbliżała się dwudziesta druga. Pewnie Anita nie zwróciłaby większej uwagi na tą muzykę i położyła się już spać po całym dniu zajęć, ale przypomniała sobie, że zostawiła w kuchni swój ulubiony kubek, który ryzykował nocą tam wyrzucenie rano przez panie sprzątaczki.

Wstała więc i poszła po niego, jednak gdy mijała łazienkę, ponownie usłyszała muzykę. Drzwi był otwarte. Chcąc nie chcąc widziała na środku dwie przytulające się i śmiejące osoby. Chłopak w płaszczu i dziewczyna w pidżamie tańczyli do muzyki włączonej z telefonu. Sinatra? Brzmiało podobnie. Nie chciała ich podsłuchiwać ani tym bardziej przerywać, więc minęła drzwi, a potem wróciła z kubkiem do pokoju i zgasiła światło. Zapadła noc.

Następny dzień minął głównie na uczelni. Anita wróciła dopiero późnym wieczorem. Zjadła obiad, zaczęła czytać notatki na jutrzejsze zajęcia, ale przerwała jej współlokatorka

- Pamiętasz wczoraj tą muzykę wieczorem i parę, o której mi mówiłaś? Dzisiaj rano tam byłam i w koszu leżał test ciążowy. POZYTYWNY...





YOUphone

Czyli o zmianie perspektywy


Wielokrotnie zadziwiało go jak ważne i niepodważalne są dla niektórych osób ich opinie, plany. Choćby najmniejsze, dotyczące ulubionej potrawy czy tego, że koniecznie teraz muszą komuś odpisać. Bo... on zrezygnował. Puścił wszystkie sznurki, które trzymały jego przekonania i wartości. Pozwolił żeby końce lin były na tyle luźne i oddalone od niego, że kolejny moment zwlekania niewiele zmieniał. Przecież on może zaczekać, pomóc, znaleźć czas chociaż na rozmowę. Wiedział najlepiej, że nawet gdy nie jest w stanie czegoś zmienić, często nawet sama rozmowa może już być wielką przysługą dla kogoś. "Uśmiechaj się do innych, bo dla niektórych to może być jedyny promień słońca w ciągu dnia". Pamiętał takie zdania za dobrze. Gdyby był zwolennikiem tatuaży pewnie zdecydowałby się na coś, co by mu o tym przypominało. Bądź dla innych. Spraw by wiedzieli, że są ważni. Chociaż ten jeden mały moment. Masz misję, nie zostawiaj tego. Nie dawaj się wykorzystywać, ale ufaj, że to się zwróci.

Aż przychodziły chłodniejsze wieczory kiedy zapasy się kończyły. Ręce drżały mu z nerwów a myśli przypominały splątany motek włóczki. Co rusz szarpał go jak kocią łapą i coraz bardziej plątał. Więcej. Znowu. Gdy brakowało misji, nie potrafił się odnaleźć. Co robić? Czy naprawdę ludzie potrafią się tak bardzo skupić na sobie by stworzyć plan dnia, tygodnia? Wyznaczać roczne cele? Czy oni... Czy oni czytali inne książki niż on? Może udają i tak naprawdę wiedzą, że najważniejsze będzie to, co po sobie pozostawią we wspomnieniach innych osób, a nie w szafie czy na tablicy na facebooku? Gdy w końcu sam potrzebował by ktoś go ogrzał, nie było już nikogo. Dobry kolega wyjechał do rodziny, a inni znajomi nie odzywali się bez potrzeby. Nie miał żalu, sam też potrafił się długo nie odzywać. Sami do niego pisali i to wystarczyło. Nikt nie rozliczał nikogo nawzajem.

Dziś siedział sam. Korytarz był prawie pusty. Oprócz niego, trzy krzesła dalej siedział jakiś chłopak.

- Myślisz, że... - zaczął - jaki jest sens życia? Dla kogo właściwie żyjemy?

- Co? Sens życia? Serio mnie teraz pytasz? Za pół godziny mam trening, a jeszcze muszę się o coś zapytać kobiety w sekretariacie. Trzymaj się. - odpowiedział sąsiad. - I może... sens życia to to, co tracisz przez rozmyślanie nad jego formą.

Wstając by udać się w stronę sekretariatu, w powietrzu mignęło jedno logo. Może to "i" przy phone to właśnie szukana odpowiedź? Pozostała w nim jedna myśl - zmiana marki.



Już nie YOUphone.




Rozmowa w pociągu

Pociąg przyjechał punktualnie. Stanął i po wyjściu pasażerów, kolejny tłum zaczął napływać do środka. W tym również oni. Dwoje ludzi około 60-tki, w strojach sportowych. Wchodzili uśmiechnięci i mijali kolejne przedziały w poszukiwaniu swojego.miejsca.

- Z roku na rok trafiają nam się coraz lepsze pociągi! - powiedziała kobieta - chcesz herbatki? Trochę zmarzłam.
- Daj spokój dziewczyno, gorsze mrozy przechodziłem bez takich butów w jakich teraz sobie jeździmy na wycieczki na stare lata. - powiedział dumnie mężczyzna.- Ale ty sobie wypij.

Wieczór był naprawdę chłodny, słońce zaszło dwie godziny temu, a przed nimi jeszcze 70 kilometrów do miejsca rozpoczęcia trasy. Miejsce wybrali nieprzypadkowo - mieli się tam spotkać ze znajomymi, z którymi w zeszłym roku spędzali urlop. W tym roku podobnie, opłacili już pensjonat z wyżywieniem, przygotowali się kondycyjnie i psychicznie na odpoczynek w ruchu. Jedyną różnicą były lepsze stroje. Te zeszłoroczne faktycznie były nieco gorsze niż obecne. Kto wiedział, że buty na piance mogą być tak wygodne?

- Ale się cieszę, że się wyrwaliśmy! Mam tylko nadzieję, że trasa będzie naprawdę warta przebycia, jak poprzednia. Pamiętasz te lasy? - rozmarzyła się kobieta. Prawie całkiem zapomniała już o tamtej niebezpiecznej sytuacji gdy prawie złamała rękę upadając przez przykryty liśćmi korzeń. Krajobrazy były rzeczywiście przepiękne. - Hej, a ty co tak milczysz?
- A daj spokój. Grzybiarze... Przypomniała mi się ostatnia wizyta u mojego znajomego, jeszcze ze szkoły.
- To ten... Jak mu tam,em... Franek? - zapytała kobieta.
- Tak, Franek. Grzybiarz Franek właściwie.
- A ten od kiedy został grzybiarzem?
- Nie wiem, ale po tej wizycie naprawdę odechciało mi się grzybów. A jak widzę tych ludzi co sprzedają przy drogach...
- Spleśniałe grzyby ci podali pewno, co? Raz też zdarzyło mi się takie zjeść... Paskudztwo jakich mało...
- Nie w tym rzecz. - powiedział Stanisław i zaczął opowiadać historię.- W podstawówce to był mój najlepszy kumpel, pamiętasz. Razem żeśmy naprawiali taką starą motorynkę, którą dostał po bracie. Ile to było radości i nerwów jak kolejny raz nie chciała odpalić a my już nie mieliśmy co sprzedać na nową część. Każdemu bym takiego przyjaciela życzył.

Jakeśmy byli starsi to się czasem widywaliśmy. On w jednej miejscowości mieszkał, ja w drugiej, ale umieliśmy czasem znaleźć czas na jakiś mały wypad. Potem z żonami, bardzo się zaprzyjaźniły. Ty może siostra nie pamiętasz, ale ta jego żona Danka czasem nas odwiedzała. A teraz gdy mojej Zosi już nie ma to kontakt się trochę urwał. Ale mówię sobie w końcu raz na mojej werandzie: stary albo w tą albo we wtą. Urlop mogę z Tobą spędzić i zawsze się przez to cieszę, że mam siostrę, ale reszta roku jakoś tak przemija pusta. Nie będę przecież się wam na głowę zwalał. To pomyślałem, że może napiszę do Franka i by się chłop chciał spotkać. Dla mnie dojazd to nie problem, chętnie się przejadę, a u nich w domu zawsze miejsce będzie. Tak przynajmniej mi mówili.

- I co? Udało się? Nic nie mówiłeś, że się z nim widziałeś.
- No widzieliśmy się 3 tygodnie temu. Nie było o czym gadać. W zasadzie spędziłem tam cztery dni a piątego uciekłem już do siebie.
- Uciekłeś? Co to znaczy? - zapytała kobieta.
- Słuchaj, Franek ma trójkę dzieciaków. Dwoje już nie mieszka w domu a trzeci młody chłopak jeszcze w szkole się uczy. I tak przyjechałem, podali mi jakiś obiad i wyszliśmy się przejść. Ja, Franek i jego syn. Gadaliśmy o różnych sprawach, opowiadał mi jak mu się układa w tym jego gospodarstwie i że Danka myślała czy nie pójść na sklepową, bo mają problemy ostatnio z opłatami. Idziemy, las, pięknie pachnie i nagle BACH. Leżę jak długi, poślizgnąłem się o jakieś mokre liście po wczorajszej ulewie. Już chcę wstawać, ale patrzę, że zaraz koło mnie jest cała taka rodzina malutkich grzybów. Ogromna, dawno tylu okazów nie widziałem. I mówię cholera, a wystarczyło się w język ugryźć: Franek, ty się znasz na grzybach? Te takie ładne. A on odpowiada, że nie, ale może się przyjrzeć. I tak patrzy, patrzy i mówi, że jego babcia go jak był mały zawsze na grzyby zabierała, więc wydaje mu się, że to opieńka miodowa. No to mówię: ale wydaje ci się czy wiesz jak sprawdzić?

- A daj ty mi spokój, opieńka jak nic. Za dzieciaka tyle czasu w lesie spędzałem, że na pewno jadalny. Co ty, Stasiu od razu w nerwach. Jutro tu wrócimy i zbierzemy to potem Danka je przygotuje. Ona kilka razy z babcią grzyby robiła, więc mówię ci, kolacja będzie cud miód jutro! I tak mnie uciszył. Już nie chciałem wnikać czy to mogą być jakieś trujące czy nie.
Dopiero w domu jak Franek poszedł gdzieś na chwilę, mówię do jego syna czy by mógł w jakiejś książce albo internecie sprawdzić, bo ja się na grzybach nie znam, a pamięć może mylić przecież, ludzka rzecz. Sprawdził, ale mówi, że on to zawsze ojcu ufa. Można pomylić z trującym jakimś gatunkiem, ale on się nie boi, bo ojciec ma dobre oko. I tak poszedłem spać, a rano znowu do lasu poszliśmy we trzech inną trasą, koło leśniczówki jego szwagra. I wtedy sobie Franek przypomniał o tych nieszczęsnych grzybach, skoczył po wiadro do szwagra i mówi żebym mu przypomniał, w którym to było miejscu. To mówię, że ja nie wiem, przecież las wielki, drzewa wszędzie podobne. Pamiętałem to miejsce, nie pierwszy raz byłem u nich, ale nie chciałem mieć wyrzutów sumienia potem jakby się ktoś potruł. I już się cieszę, że tam nie idziemy i sprawa zamknięta a tu Paweł mówi: Tata, ja pamiętam gdzie to było. Franek podchwycił i nie było odwrotu. Zebrał grzyby i wracalismy do domu. Oni obaj żartowali, a ja już nie wiedziałem z kim o tym rozmawiać w domu. Na szczęście okazało się, że Franek zapomniał powiedzieć Dance, po co się wybiera, więc kolacja już była gotowa. Zjedliśmy i poszedłem do kąpieli a potem jak już w kuchni sama Danka była mówię: Danka, pewna jesteś, że te grzyby jadalne? Mówiłem Pawłowi żeby sprawdził, bo tak mi świtało, że podobne kiedyś widziałem gdzieś na spisie tych co można pomylić z trującymi, ale chłopak tak w ojca zapatrzony. Pewna jesteś, że jadalne?

- Można je pomylić z innymi? - podłapała trochę wystraszona. Franek mówił, że on od dziecka grzybów nie zbierał. - mówię jej.
- A co ja mu powiem? On jak się już uprze to tak musi być i koniec. Zawsze grzyby moja siostra nam przywozi, bo tu w lesie to raczej marność i ani ja ani Franek nie zbieramy, ale ona teraz wyjechała za granicę, to nawet nie ma się kogo zapytać.
- No to wyrzuć, powiesz, że zepsute były albo coś wymyślisz. Czy to warto tak ryzykować dla jednej kolacji?
- Dobra, ty idź spać już. Ja jutro pogadam z Frankiem to mu wytłumaczę. - powiedziała i się uspokoiłem, że chociaż ona tam myśli racjonalnie.

Rano gdzieś samochodem Franek musiał do miasta jechać to mnie wziął też. W urzędzie nam czasu zajęło i wróciliśmy pod wieczór dopiero. Wchodzimy do domu a tu Paweł mówi: tata, kolacja czeka. Mama pyszny sos zrobiła! Patrzę a na stole garnek z sosem grzybowym... Myślę: Chryste, czy ci ludzie za grosz rozumu nie mają. Franek oczywiście w skowronkach ucałował Dankę i mówi, że jeszcze tylko papiery na górę odłoży i się zabiera do jedzenia. Ja już zrezygnowany siadam w tej kuchni, myślę co mam powiedzieć, żeby nie urazić i nie jeść, ale ostatecznie pytam Dankę.
- Danka, ty naprawdę te grzyby oprawiłaś? Nie boisz się? Nie słyszy się u was o zatruciach?
- Słuchaj, starego to mi nie szkoda, ale dziecku myślisz, że bym podała coś co by go mogło zatruć? Wczoraj po naszej rozmowie wzięłam dwa grzyby z wiadra, pokroiłam i zjadłam surowe. Gdyby coś z nimi było nie tak to bym ci tego teraz nie mogła opowiedzieć. Dziecku nie dam zatrutych grzybów. Co ty rozumu nie masz?



Czemu Sinatra miał rację?

Witam późną porą,

Chyba właśnie po to powstał ten blog. Czasem po prostu coś już tak wkurza, że nie da się tego trzymać w środku. Po co psuć się od wewnątrz jak można potruć też innych? Dzięki Ci, INTERNECIE!:D

Gdy byłam jakoś w piątej klasie, koleżanka z ławki, z którą znałyśmy się dość krótko, bo była nowa w klasie napisała na kartce NDPTZW. Wysilała się maksymalnie żeby napis był w stylu graffiti i wyglądał jak najlepiej. Wiedziałam, że lubi rysować, więc zamiłowanie do cieniowania liter mnie zupełnie nie zdziwiło. Wcześniej był czas słodkich króliczków, a teraz może po prostu pora graffiti? Chciałam mieć znajomą malarkę, do której mogłabym chodzić na wernisaże, więc lubiłam to jej hobby. Ale wiecie... chciałam wiedzieć o co właściwie chodzi. Co to za skrót. Raczej nie była typem X + X = W.N.M. więc podejrzewałam, że na pewno będzie głębia. Była większa niż myślałam.

- Nie słyszałaś tego nigdy? Nienawiść Do Policji Tak Zostałam Wychowana. - oświeciła mnie i wróciła wtedy do swojej pracy, a ja zaczęłam się zastanawiać czy jeszcze zostało nam dużo czasu na znajomość bez grypsów...

Dziś to do mnie wróciło. Pomijam wątek policji i gangsterskiej natury Kasi czy mojego zamiłowania do artystów z kryminalną rysą w tle. Bardziej przyszło to do mnie, bo po zmianie jednego słowa, mogłabym sama tworzyć takie napisy na nudnych zajęciach na studiach. I ja i większość z Was.

Nienawiść Do Siebie Tak Zostałam Wychowana

Niech rodziców nie bolą teraz tak mocno głowy, tak po prostu prowadziło nas społeczeństwo. Rodzice nie nauczą wszystkiego, a osobiście jestem zdania, że to mimo wszystko większą rolę wychowaniu jednostki ma jej zdolność do interpretacji znaków z zewnątrz, a nie ich intensywność. Bodźce mogą być duże a wrażliwość receptorów znikoma. Ktoś ma czyste sumienie, bo robi dużo, ale sygnał nie przechodzi dalej. Znika.


Wracając do tematu, kluczowym cytatem, który siedzi mi teraz w głowie są te słowa:


Ale problemem nie jest samo to, że się martwimy. To efekt jednego, głównego - porównujemy się. I zupełnie niepotrzebnie zestawiamy siebie z innymi osobami, które mają inne życia, inne problemy i inne możliwości.

Realizując jedne plany, nie jesteśmy w stanie realizować jednocześnie też innych. Dowiadujemy się, że znajomy ogarnął to od innej strony i zamiast realizacji tego co my, robi to drugie, które uznaliśmy za mniej ważne. A co jeśli nie jest mniej ważne? Co jeśli źle wybraliśmy?

Jesteśmy trochę wychowywani w potępianiu siebie samych. Wyglądamy w końcu na ambitniejszych i skromniejszych jeśli nie okażemy pełnej dumy i zadowolenia z punktu, w którym teraz jesteśmy i skupimy się na tym ile jeszcze nam brakuje do końca. Nie zapeszajmy i broń boże, nie myślmy, że mam prawo do własnej drogi i porównania z jakąkolwiek trasą KOGOKOLWIEK zupełnie nie ma sensu!

Patrząc na życie od tej strony, powinnam być dość załamana. Adele w moim wieku miała już na koncie swoją pierwszą płytę i pracowała nad kolejną. Miała kolosalny debiut a ja... piszę bloga i studiuję... Fascynujące, co?:D

Spotykam się ostatnio z taką falą, której znieść po prostu nie mogę. Nie ma czegoś takiego, że nie cieszę się ze swoich obecnych decyzji, bo ktoś zrobił to inaczej i będę się teraz okładać, że nie wpadłam na jego pomysł. Nie wpadłam, no trudno. Miałam inny i gdybyśmy mieli nawet ten sam plan, może czułabym się wtedy gorzej niż teraz, bo żałowałabym, że nie miałam jaj zrobić coś inaczej niż inni? Jeśli chcę coś zmienić to jasne, super będzie to zrobić, ale nie żałujmy swoich decyzji. Po co psuć sobie radość z posiadania własnej woli przez to, że naszej decyzji nie powiela masa innych osób? A jak powielą to poczujemy się jak ludzie bez tej woli... Człowiek to czasem chodzący paradoks.

Chciałabym żebyśmy się mniej porównywali. To prowadzi tylko do zazdrości albo wywierania na sobie głupiej presji, że nie jestem wystarczająco dobry. Trochę jestem, NO ALE...

Nie ma "ale". Mam prawo popełniać błędy i mam prawo nie spędzać każdej minuty na nauce siedmiu języków, rozwijania umiejętności obsługi jakiegoś sprzętu czy zdobywaniu fajnie wyglądającego w CV wpisu. Porównując się do innych, którzy postąpili inaczej, nie cieszę się teraźniejszością i po prostu nie okazuje wdzięczności, że ją mam.

A nie musiałam.



Sinatra przecież śpiewał:

I DID IT MY WAY...





Wierzmy w siebie bardziej i miejmy odwagę do przecierania własnych ścieżek. Choćby były nieziemsko kręte i zupełnie nieprzewidywalne. To NASZA własna historia.



Nie mam


Znów jestem nowa. Dostałam strój.

Czekam na kogoś, kto mnie zaprowadzi i pokaże co i jak.




Tylko jest różnica...









Nie mam cheetosów, z którymi znów schowałabym się pod biurkiem pani przedszkolanki.



Jestem jedną z TYCH polek...

Cześć nieznajomi,

Od roku trzymam w sobie historię, która często sprawia, że na pewien rodzaj wiadomości reaguję szczególnie źle.


Od kilku lat informacje o atakach w różnych stronach światach pojawiają się coraz częściej, ale nie czułam tego nigdy tak jak teraz. Każde krajowe wiadomości szczególną uwagę przywiązują do ilości ofiar polskiego pochodzenia. Chcemy wiedzieć co z rodakami. Co prawda, nie są dla nas żadnymi krewnymi, ale w takiej sytuacji czujemy mocną więź. Jesteśmy jednym i to wróg nas jednoczy. Nawet jeśli ofiara miała kiedyś babcię pochodzącą z Polski, czujemy się zobowiązani by chwilę o niej pomyśleć. To prawie polacy. A co z jej rodziną w naszym kraju? Co dzieje się po czasie medialnego szumu z tymi polakami? To przeraża, ale po kilku minutach ochłonięcia, oddajemy się sprawom, które dotyczą nas bardziej bezpośrednio - praca, szkoła, zrobienie obiadu. Wszystko co proste i odciąga od negatywnych myśli. To naturalne, że nasz mózg chroni nas przed przyjmowaniem na siebie całego ludzkiego cierpienia, ale...

Co jeśli powiedziałabym Ci, że jestem jedną z tych polek?

Przenoszę się do wakacji w zeszłym roku. Wychodzę jak każdego lipcowego dnia na przystanek i czekam na bus, który ma mnie zawieźć nad morze. To miły początek dnia. Jeden z pierwszych dni, gdy choć sprawy formalne związane z przeprowadzką mam załatwione i choć o jedno zmartwienie jestem lżejsza. Postanowiłam to uczcić i ubrałam sukienkę. Starannie choć delikatnie, się pomalowałam i myślałam co byś mi powiedział jeśli mielibyśmy okazję zaczynać ten dzień razem. Tak bardzo chciałam żebyś się uśmiechnął i cieszył się ze mną, że te piekielne papiery mamy już z głowy. Tęskniłam i Ty też, ale zostały nam jeszcze prawie dwa miesiące spotkań wyłącznie na małych ekranach.

Bus był punktualnie. Droga jak codziennie nieco się przedłużała. Liczba turystów wciąż wzrastała, a jedna droga wjazdowa do miejscowości gdzie pracowałam nikomu nie ułatwiała poranków. W końcu dojechaliśmy. Telefon zawibrował. To Ty. Witasz się i życzysz mi miłego dnia jak każdego ranka, gdy akurat nie masz chwili na dłuższą rozmowę. Na widok wiadomości od razu się uśmiecham, nie wiesz nawet jak bardzo...
Od śniadania nad morzem, które mam w ostatnie dni w zwyczaju, dzieli mnie już tylko kilka minut, gdy nagle dostaję od Ciebie kolejną wiadomość:

W METRZE, W MOIM WAGONIE ZNALEZLI PLECAK.

W pierwszej chwili naprawdę nie wyłapuję co masz na myśli i dopiero pisząc pytanie, przypominam sobie jakieś durne kompilacje umieszczone w internecie, w których ludzie podrzucają innym plecaki i torby na przystanku, do samochodu, ogrodu i w inne miejsca, a w tle narrator komentuje każdy moment porzucenia bagażu mówiąc RUN! Taki rodzaj "pranku". Właśnie sobie to uświadamiam. Próbuje coś napisać gdy mnie wyprzedzasz

JEST EWAKUACJA, MUSZE KOŃCZYĆ. ODEZWĘ SIĘ PO WSZYSTKIM. KOCHAM CIĘ MYSZKO

Napisałeś mi to z takim spokojem jakbyś regularnie był świadkiem takich zdarzeń, a wiedziałam, że to był pierwszy raz. I że się boisz.

Moja odpowiedź była dłuższa... Chciałam żebyś czuł, że przy Tobie jestem chociaż myślami i wiedział, że czekam na informacje. Czy wyprowadziło mnie to z równowagi? Nie. Nie jesteśmy przecież TYMI ludźmi, którym się zdarzają TE sytuacje. Wyjechałeś tylko do pracy na wakacje. Robisz dokładnie to samo co ja. Mieszkasz w innym miejscu, żeby mieć bliżej do pracy, jesz śniadanie, robisz sobie sam zakupy, przygotowujesz obiad, wychodzisz, wracasz zmęczony, kładziesz się spać a rano powtórka. Dzieli nas tylko 1000 km i nieco różnią się miasta i kraje, w których obecnie przebywamy. Tylko to.

Zrobiłam wszystko by wstać i maksymalnie spokojnie pójść w stronę sklepu. Byłam świadoma, że zaraz ubiorę fartuszek, poprzeglądam towary, przyniosę z zaplecza mleko kokosowe, a w tym czasie przyjdzie wiadomość, że wszystko już w porządku i to był fałszywy alarm. Duże miasto, zdarza się.

Przychodzę do pracy, wchodzę w krótki i nieco wymuszony z mojej strony dialog z szefową i czekam tylko aż wyjdzie. Coś mówi mi w mojej głowie, że już pół godziny, a tu nadal cisza. Kiedy po naszej rozmowie zostaję w sklepie wreszcie sama, postanawiam sprawdzić w internecie czy coś się stało. Otwieram wyszukiwarkę gdy do sklepu wchodzą klienci. Z uśmiechem podaję im jagodzianki, tłumaczę różnice między nimi i kasuję. Ten uśmiech mi we wszystkim bardzo pomaga. Przypomina o tym, że oboje go lubimy i różnych wspólnie spędzonych chwilach.

Nadchodzi chwila pomiędzy klientami gdy mogę jednak sprawdzić czy coś się stało. Oficjalnie. Piszę do Ciebie, ale nadal nie odpowiadasz. W sklepie ciągle są ludzie, więc nie mogę spróbować zadzwonić. Internet będzie szybszy. Wpisuje dwa słowa: nazwa miasta, zamach. Co czujesz gdy dowiadujesz się, że ktoś kogo kochasz i kto właśnie nie odpowiada na Twoje wiadomości po tym, gdy jechał w metrze, gdzie odkryto bezpański plecak, przez który zorganizowano natychmiastową ewakuację, przebywa właśnie w mieście, w którym najczęściej organizowane są zamachy terrorystyczne? Co czujesz widząc informacje, o których wcześniej nie miałaś pojęcia, że regularnie są tam ogłaszane przez policje zalecenia, że lepiej by mieszkańcy szczególnie uważali i w określonych porach omijali pewne punkty centrum, bo ryzyko jest tak duże? Co czujesz jak przychodzi do Ciebie nagle klient i zaczyna kłócić się o to, że w sklepie nie ma próbek chleba, a on nie zamierza nic kupować w ciemno?
Ja czułam, że nie znam już anatomicznych nazw warstw głowy od środka. Nie pamiętam części mózgu ani tego, że stres to moje wyzwanie. Czułam jakby ktoś nalał mi przez uszy wrzątku, a nogi przestały chcieć współpracować. Mam sobie radzić sama jeśli tak przeciążam mój organizm. SAMA. Cały urok tego słowa powodował kolejne napływy temperatury, a klient czekał na interakcję. Co miałam zrobić? Jak wam wszystkim pomóc? JAK?

Facet na szczęście szybko dał mi spokój opuszczając łaskawie sklep po tym, gdy do dziś nie rozumiem jak to zrobiłam, bardzo grzecznie odpowiedziałam mu na bezsensowne zarzuty. W końcu się udało. W sklepie pusto, więc mogę dzwonić. Wybieram Twój numer i w wyobraźni słyszę to irytujące powitanie, z którego zawsze się śmiejemy: PRZYJACIELU LUB PRZYJACIÓŁKO, NIESTETY NIE MOGĘ TERAZ ROZMAWIAĆ. ODEZWĘ SIĘ DO CIEB... nie kończę, bo słyszę coś zupełnie innego. Po kilku sygnałach uświadamiam sobie, że numer nie odpowiada. Zamieram. Wiem dobrze, że gdybyś mógł to od razu byś zadzwonił albo chociaż odebrał. Wiesz, że czekam. Napisałam Ci przecież jak bardzo się martwię i zwyczajnie boję. Usiadłam i siedziałam... Drugi numer. Ten pomysł przyszedł mi do głowy zupełnie nagle, ale przecież masz drugi, niemiecki numer. Czemu o nim zapomniałam? Wybieram zieloną słuchawkę i czekam. Tym razem przecież musi się udać. Wczoraj wieczorem to właśnie z niego do mnie dzwoniłeś. Czekam na Twój glos, ale jedyne co słyszę to beznamiętny komunikat po niemiecku, że numer jest niedostępny. Uhmm, więc tak wygląda sytuacja ludzi, którzy czekają na informacje o kimś bliskim, wiedząc, że brał udział w czymś przez przypadek? Boję się nazwać to coś nawet tylko w myślach... Nie ten czas i nie to miejsce, tak?

Zupełnie się rozkładam. Obsługuję w między czasie kilku kolejnych klientów, którzy wypytują o ksylitol, szukają bezglutenowych bułek i czekolady bez mleka, ale ciężko powiedzieć kto kontroluje to, co im odpowiadam. Nerwy schowały mnie gdzieś do tyłu, a nad ciałem kontrolę przejął racjonalizm, że na pewno nic Ci nie jest. Tylko... na jakiej podstawie? Szukam w głowie możliwości, dlaczego nie odpowiadasz. Twój telefon mógł Ci się przecież zwyczajnie rozładować. Mógł Ci też wypaść przy ewakuacji, gdy tyle osób spieszyło się by wyjść spod ziemi. Mógł Ci go ktoś wyrwać. Mogło się z nim stać tyle rzeczy... Wiem, że nie zapomniałbyś się odezwać w takiej sytuacji. Przecież to wiem.

Tak mówię, ale dzwonię kolejny raz do Ciebie a potem ostatecznie do mamy. Kolejna chwila przerwy między klientami a ja już nie mogę tego trzymać w sobie. Muszę komuś powiedzieć i pamiętam zbyt dobrze zasadę Le Chateleria z chemii... Im bardziej działasz czymś na układ, tym bardziej on przeciwdziała temu, co chcesz osiągnąć. Matura z chemii naprawdę nie była żadnym stresem. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co to stres...

Mama powtarza moje racjonalne myśli. "Odezwie się, nic się nie mogło stać". Kończąc rozmowę niezręcznie tylko dodaje "Jak tylko będziesz coś wiedziała, daj mi znać." Ach. Czyli ona też się wystraszyła, mimo tych wszystkich uspokajających mnie słów...

Dzwonię do Ciebie jeszcze kilka razy i ciągle ta sama informacja. Mam dość.
Jest 15:30, niedługo ruch się zwiększy i na tym staram się skupić. Po krótkiej przechadzce po sklepie, widzę gdzie i czego brakuje. Idę na zaplecze ułożyć kartony, a potem malutkie sojowe mleka. Sortuje i staram się oddać całe swoje skupienie staranności, gdy czuję wibrację w kieszeni. SMS.


JESTEM, PRZEPRASZAM, ROZŁADOWAŁ MI SIĘ TELEFON. MUSIAŁEM OD RAZU IŚĆ DO PRACY PRZEZ OPÓŹNIENIE Z METRA





Skończyłabym to wszystko na tym zdaniu, ale los dopisał do tego dłuższe rozwinięcie. Gdy wieczorem wracałam samochodem z szefową, przejeżdżałyśmy koło jakiegoś kościoła. Tuż przy nim wisiał wielki plakat:

"... Rozpoznać twarz Chrystusa w uchodźcach..."

Ale to zdanie także nie zakończy tego wpisu, bo nie posądzam nikogo tylko z powodu jego wiary czy pochodzenia, o to, że mógłby być zagrożeniem. W jego mniemaniu ja też mogę nim być. Teoretycznie. Najgorszy dzień skończył się telefonem. Znów od Ciebie.

Było chwilę po 22 gdy zobaczyłam, że dzwonisz. Pracę miałeś skończyć o 24 jak zawsze, więc byłam zdziwiona.

- Widziałaś smsa? Prosiłem koleżankę, żeby napisała Ci, że wszystko w porządku. Mój telefon jest rozładowany.

Znów miałam problem by zrozumieć co masz na myśli i zapytałam wprost. Cieszyłam się, że wszystko w porządku, ale z drugiej strony... Wszystko przecież mi już wyjaśniłeś w dzień i pamiętasz. Czemu miałabym się martwić?

- Nic nie słyszałaś? Zobacz w internecie, tuż przy naszej fabryce jakiś facet zastrzelił kilka osób, a w mieście w różnych miejscach też się coś działo. Policja mówi, że to kolejny zamach. Wpisz w internecie: nazwa miasta, zamach.




Dzieliliśmy dokładnie ten sam dzień, 22.07.2016, Monachium