Z korytarza dobiegały dźwięki jazzu, a na zegarze zbliżała się dwudziesta druga. Pewnie Anita nie zwróciłaby większej uwagi na tą muzykę i położyła się już spać po całym dniu zajęć, ale przypomniała sobie, że zostawiła w kuchni swój ulubiony kubek, który ryzykował nocą tam wyrzucenie rano przez panie sprzątaczki.
Wstała więc i poszła po niego, jednak gdy mijała łazienkę, ponownie usłyszała muzykę. Drzwi był otwarte. Chcąc nie chcąc widziała na środku dwie przytulające się i śmiejące osoby. Chłopak w płaszczu i dziewczyna w pidżamie tańczyli do muzyki włączonej z telefonu. Sinatra? Brzmiało podobnie. Nie chciała ich podsłuchiwać ani tym bardziej przerywać, więc minęła drzwi, a potem wróciła z kubkiem do pokoju i zgasiła światło. Zapadła noc.
Następny dzień minął głównie na uczelni. Anita wróciła dopiero późnym wieczorem. Zjadła obiad, zaczęła czytać notatki na jutrzejsze zajęcia, ale przerwała jej współlokatorka
- Pamiętasz wczoraj tą muzykę wieczorem i parę, o której mi mówiłaś? Dzisiaj rano tam byłam i w koszu leżał test ciążowy. POZYTYWNY...
Wielokrotnie zadziwiało go jak ważne i niepodważalne są dla niektórych osób ich opinie, plany. Choćby najmniejsze, dotyczące ulubionej potrawy czy tego, że koniecznie teraz muszą komuś odpisać. Bo... on zrezygnował. Puścił wszystkie sznurki, które trzymały jego przekonania i wartości. Pozwolił żeby końce lin były na tyle luźne i oddalone od niego, że kolejny moment zwlekania niewiele zmieniał. Przecież on może zaczekać, pomóc, znaleźć czas chociaż na rozmowę. Wiedział najlepiej, że nawet gdy nie jest w stanie czegoś zmienić, często nawet sama rozmowa może już być wielką przysługą dla kogoś. "Uśmiechaj się do innych, bo dla niektórych to może być jedyny promień słońca w ciągu dnia". Pamiętał takie zdania za dobrze. Gdyby był zwolennikiem tatuaży pewnie zdecydowałby się na coś, co by mu o tym przypominało. Bądź dla innych. Spraw by wiedzieli, że są ważni. Chociaż ten jeden mały moment. Masz misję, nie zostawiaj tego. Nie dawaj się wykorzystywać, ale ufaj, że to się zwróci.
Aż przychodziły chłodniejsze wieczory kiedy zapasy się kończyły. Ręce drżały mu z nerwów a myśli przypominały splątany motek włóczki. Co rusz szarpał go jak kocią łapą i coraz bardziej plątał. Więcej. Znowu. Gdy brakowało misji, nie potrafił się odnaleźć. Co robić? Czy naprawdę ludzie potrafią się tak bardzo skupić na sobie by stworzyć plan dnia, tygodnia? Wyznaczać roczne cele? Czy oni... Czy oni czytali inne książki niż on? Może udają i tak naprawdę wiedzą, że najważniejsze będzie to, co po sobie pozostawią we wspomnieniach innych osób, a nie w szafie czy na tablicy na facebooku? Gdy w końcu sam potrzebował by ktoś go ogrzał, nie było już nikogo. Dobry kolega wyjechał do rodziny, a inni znajomi nie odzywali się bez potrzeby. Nie miał żalu, sam też potrafił się długo nie odzywać. Sami do niego pisali i to wystarczyło. Nikt nie rozliczał nikogo nawzajem.
Dziś siedział sam. Korytarz był prawie pusty. Oprócz niego, trzy krzesła dalej siedział jakiś chłopak.
- Myślisz, że... - zaczął - jaki jest sens życia? Dla kogo właściwie żyjemy?
- Co? Sens życia? Serio mnie teraz pytasz? Za pół godziny mam trening, a jeszcze muszę się o coś zapytać kobiety w sekretariacie. Trzymaj się. - odpowiedział sąsiad. - I może... sens życia to to, co tracisz przez rozmyślanie nad jego formą.
Wstając by udać się w stronę sekretariatu, w powietrzu mignęło jedno logo. Może to "i" przy phone to właśnie szukana odpowiedź? Pozostała w nim jedna myśl - zmiana marki.
Pociąg przyjechał punktualnie. Stanął i po wyjściu pasażerów, kolejny tłum zaczął napływać do środka. W tym również oni. Dwoje ludzi około 60-tki, w strojach sportowych. Wchodzili uśmiechnięci i mijali kolejne przedziały w poszukiwaniu swojego.miejsca.
- Z roku na rok trafiają nam się coraz lepsze pociągi! - powiedziała kobieta - chcesz herbatki? Trochę zmarzłam.
- Daj spokój dziewczyno, gorsze mrozy przechodziłem bez takich butów w jakich teraz sobie jeździmy na wycieczki na stare lata. - powiedział dumnie mężczyzna.- Ale ty sobie wypij.
Wieczór był naprawdę chłodny, słońce zaszło dwie godziny temu, a przed nimi jeszcze 70 kilometrów do miejsca rozpoczęcia trasy. Miejsce wybrali nieprzypadkowo - mieli się tam spotkać ze znajomymi, z którymi w zeszłym roku spędzali urlop. W tym roku podobnie, opłacili już pensjonat z wyżywieniem, przygotowali się kondycyjnie i psychicznie na odpoczynek w ruchu. Jedyną różnicą były lepsze stroje. Te zeszłoroczne faktycznie były nieco gorsze niż obecne. Kto wiedział, że buty na piance mogą być tak wygodne?
- Ale się cieszę, że się wyrwaliśmy! Mam tylko nadzieję, że trasa będzie naprawdę warta przebycia, jak poprzednia. Pamiętasz te lasy? - rozmarzyła się kobieta. Prawie całkiem zapomniała już o tamtej niebezpiecznej sytuacji gdy prawie złamała rękę upadając przez przykryty liśćmi korzeń. Krajobrazy były rzeczywiście przepiękne. - Hej, a ty co tak milczysz?
- A daj spokój. Grzybiarze... Przypomniała mi się ostatnia wizyta u mojego znajomego, jeszcze ze szkoły.
- To ten... Jak mu tam,em... Franek? - zapytała kobieta.
- Tak, Franek. Grzybiarz Franek właściwie.
- A ten od kiedy został grzybiarzem?
- Nie wiem, ale po tej wizycie naprawdę odechciało mi się grzybów. A jak widzę tych ludzi co sprzedają przy drogach...
- Spleśniałe grzyby ci podali pewno, co? Raz też zdarzyło mi się takie zjeść... Paskudztwo jakich mało...
- Nie w tym rzecz. - powiedział Stanisław i zaczął opowiadać historię.- W podstawówce to był mój najlepszy kumpel, pamiętasz. Razem żeśmy naprawiali taką starą motorynkę, którą dostał po bracie. Ile to było radości i nerwów jak kolejny raz nie chciała odpalić a my już nie mieliśmy co sprzedać na nową część. Każdemu bym takiego przyjaciela życzył.
Jakeśmy byli starsi to się czasem widywaliśmy. On w jednej miejscowości mieszkał, ja w drugiej, ale umieliśmy czasem znaleźć czas na jakiś mały wypad. Potem z żonami, bardzo się zaprzyjaźniły. Ty może siostra nie pamiętasz, ale ta jego żona Danka czasem nas odwiedzała. A teraz gdy mojej Zosi już nie ma to kontakt się trochę urwał. Ale mówię sobie w końcu raz na mojej werandzie: stary albo w tą albo we wtą. Urlop mogę z Tobą spędzić i zawsze się przez to cieszę, że mam siostrę, ale reszta roku jakoś tak przemija pusta. Nie będę przecież się wam na głowę zwalał. To pomyślałem, że może napiszę do Franka i by się chłop chciał spotkać. Dla mnie dojazd to nie problem, chętnie się przejadę, a u nich w domu zawsze miejsce będzie. Tak przynajmniej mi mówili.
- I co? Udało się? Nic nie mówiłeś, że się z nim widziałeś.
- No widzieliśmy się 3 tygodnie temu. Nie było o czym gadać. W zasadzie spędziłem tam cztery dni a piątego uciekłem już do siebie.
- Uciekłeś? Co to znaczy? - zapytała kobieta.
- Słuchaj, Franek ma trójkę dzieciaków. Dwoje już nie mieszka w domu a trzeci młody chłopak jeszcze w szkole się uczy. I tak przyjechałem, podali mi jakiś obiad i wyszliśmy się przejść. Ja, Franek i jego syn. Gadaliśmy o różnych sprawach, opowiadał mi jak mu się układa w tym jego gospodarstwie i że Danka myślała czy nie pójść na sklepową, bo mają problemy ostatnio z opłatami. Idziemy, las, pięknie pachnie i nagle BACH. Leżę jak długi, poślizgnąłem się o jakieś mokre liście po wczorajszej ulewie. Już chcę wstawać, ale patrzę, że zaraz koło mnie jest cała taka rodzina malutkich grzybów. Ogromna, dawno tylu okazów nie widziałem. I mówię cholera, a wystarczyło się w język ugryźć: Franek, ty się znasz na grzybach? Te takie ładne. A on odpowiada, że nie, ale może się przyjrzeć. I tak patrzy, patrzy i mówi, że jego babcia go jak był mały zawsze na grzyby zabierała, więc wydaje mu się, że to opieńka miodowa. No to mówię: ale wydaje ci się czy wiesz jak sprawdzić?
- A daj ty mi spokój, opieńka jak nic. Za dzieciaka tyle czasu w lesie spędzałem, że na pewno jadalny. Co ty, Stasiu od razu w nerwach. Jutro tu wrócimy i zbierzemy to potem Danka je przygotuje. Ona kilka razy z babcią grzyby robiła, więc mówię ci, kolacja będzie cud miód jutro! I tak mnie uciszył. Już nie chciałem wnikać czy to mogą być jakieś trujące czy nie.
Dopiero w domu jak Franek poszedł gdzieś na chwilę, mówię do jego syna czy by mógł w jakiejś książce albo internecie sprawdzić, bo ja się na grzybach nie znam, a pamięć może mylić przecież, ludzka rzecz. Sprawdził, ale mówi, że on to zawsze ojcu ufa. Można pomylić z trującym jakimś gatunkiem, ale on się nie boi, bo ojciec ma dobre oko. I tak poszedłem spać, a rano znowu do lasu poszliśmy we trzech inną trasą, koło leśniczówki jego szwagra. I wtedy sobie Franek przypomniał o tych nieszczęsnych grzybach, skoczył po wiadro do szwagra i mówi żebym mu przypomniał, w którym to było miejscu. To mówię, że ja nie wiem, przecież las wielki, drzewa wszędzie podobne. Pamiętałem to miejsce, nie pierwszy raz byłem u nich, ale nie chciałem mieć wyrzutów sumienia potem jakby się ktoś potruł. I już się cieszę, że tam nie idziemy i sprawa zamknięta a tu Paweł mówi: Tata, ja pamiętam gdzie to było. Franek podchwycił i nie było odwrotu. Zebrał grzyby i wracalismy do domu. Oni obaj żartowali, a ja już nie wiedziałem z kim o tym rozmawiać w domu. Na szczęście okazało się, że Franek zapomniał powiedzieć Dance, po co się wybiera, więc kolacja już była gotowa. Zjedliśmy i poszedłem do kąpieli a potem jak już w kuchni sama Danka była mówię: Danka, pewna jesteś, że te grzyby jadalne? Mówiłem Pawłowi żeby sprawdził, bo tak mi świtało, że podobne kiedyś widziałem gdzieś na spisie tych co można pomylić z trującymi, ale chłopak tak w ojca zapatrzony. Pewna jesteś, że jadalne?
- Można je pomylić z innymi? - podłapała trochę wystraszona. Franek mówił, że on od dziecka grzybów nie zbierał. - mówię jej.
- A co ja mu powiem? On jak się już uprze to tak musi być i koniec. Zawsze grzyby moja siostra nam przywozi, bo tu w lesie to raczej marność i ani ja ani Franek nie zbieramy, ale ona teraz wyjechała za granicę, to nawet nie ma się kogo zapytać.
- No to wyrzuć, powiesz, że zepsute były albo coś wymyślisz. Czy to warto tak ryzykować dla jednej kolacji?
- Dobra, ty idź spać już. Ja jutro pogadam z Frankiem to mu wytłumaczę. - powiedziała i się uspokoiłem, że chociaż ona tam myśli racjonalnie.
Rano gdzieś samochodem Franek musiał do miasta jechać to mnie wziął też. W urzędzie nam czasu zajęło i wróciliśmy pod wieczór dopiero. Wchodzimy do domu a tu Paweł mówi: tata, kolacja czeka. Mama pyszny sos zrobiła! Patrzę a na stole garnek z sosem grzybowym... Myślę: Chryste, czy ci ludzie za grosz rozumu nie mają. Franek oczywiście w skowronkach ucałował Dankę i mówi, że jeszcze tylko papiery na górę odłoży i się zabiera do jedzenia. Ja już zrezygnowany siadam w tej kuchni, myślę co mam powiedzieć, żeby nie urazić i nie jeść, ale ostatecznie pytam Dankę.
- Danka, ty naprawdę te grzyby oprawiłaś? Nie boisz się? Nie słyszy się u was o zatruciach?
- Słuchaj, starego to mi nie szkoda, ale dziecku myślisz, że bym podała coś co by go mogło zatruć? Wczoraj po naszej rozmowie wzięłam dwa grzyby z wiadra, pokroiłam i zjadłam surowe. Gdyby coś z nimi było nie tak to bym ci tego teraz nie mogła opowiedzieć. Dziecku nie dam zatrutych grzybów. Co ty rozumu nie masz?
Chyba właśnie po to powstał ten blog. Czasem po prostu coś już tak wkurza, że nie da się tego trzymać w środku. Po co psuć się od wewnątrz jak można potruć też innych? Dzięki Ci, INTERNECIE!:D
Gdy byłam jakoś w piątej klasie, koleżanka z ławki, z którą znałyśmy się dość krótko, bo była nowa w klasie napisała na kartce NDPTZW. Wysilała się maksymalnie żeby napis był w stylu graffiti i wyglądał jak najlepiej. Wiedziałam, że lubi rysować, więc zamiłowanie do cieniowania liter mnie zupełnie nie zdziwiło. Wcześniej był czas słodkich króliczków, a teraz może po prostu pora graffiti? Chciałam mieć znajomą malarkę, do której mogłabym chodzić na wernisaże, więc lubiłam to jej hobby. Ale wiecie... chciałam wiedzieć o co właściwie chodzi. Co to za skrót. Raczej nie była typem X + X = W.N.M. więc podejrzewałam, że na pewno będzie głębia. Była większa niż myślałam.
- Nie słyszałaś tego nigdy? Nienawiść Do Policji Tak Zostałam Wychowana. - oświeciła mnie i wróciła wtedy do swojej pracy, a ja zaczęłam się zastanawiać czy jeszcze zostało nam dużo czasu na znajomość bez grypsów...
Dziś to do mnie wróciło. Pomijam wątek policji i gangsterskiej natury Kasi czy mojego zamiłowania do artystów z kryminalną rysą w tle. Bardziej przyszło to do mnie, bo po zmianie jednego słowa, mogłabym sama tworzyć takie napisy na nudnych zajęciach na studiach. I ja i większość z Was.
Nienawiść Do Siebie Tak Zostałam Wychowana
Niech rodziców nie bolą teraz tak mocno głowy, tak po prostu prowadziło nas społeczeństwo. Rodzice nie nauczą wszystkiego, a osobiście jestem zdania, że to mimo wszystko większą rolę wychowaniu jednostki ma jej zdolność do interpretacji znaków z zewnątrz, a nie ich intensywność. Bodźce mogą być duże a wrażliwość receptorów znikoma. Ktoś ma czyste sumienie, bo robi dużo, ale sygnał nie przechodzi dalej. Znika.
Wracając do tematu, kluczowym cytatem, który siedzi mi teraz w głowie są te słowa:
Ale problemem nie jest samo to, że się martwimy. To efekt jednego, głównego - porównujemy się. I zupełnie niepotrzebnie zestawiamy siebie z innymi osobami, które mają inne życia, inne problemy i inne możliwości.
Realizując jedne plany, nie jesteśmy w stanie realizować jednocześnie też innych. Dowiadujemy się, że znajomy ogarnął to od innej strony i zamiast realizacji tego co my, robi to drugie, które uznaliśmy za mniej ważne. A co jeśli nie jest mniej ważne? Co jeśli źle wybraliśmy?
Jesteśmy trochę wychowywani w potępianiu siebie samych. Wyglądamy w końcu na ambitniejszych i skromniejszych jeśli nie okażemy pełnej dumy i zadowolenia z punktu, w którym teraz jesteśmy i skupimy się na tym ile jeszcze nam brakuje do końca. Nie zapeszajmy i broń boże, nie myślmy, że mam prawo do własnej drogi i porównania z jakąkolwiek trasą KOGOKOLWIEK zupełnie nie ma sensu!
Patrząc na życie od tej strony, powinnam być dość załamana. Adele w moim wieku miała już na koncie swoją pierwszą płytę i pracowała nad kolejną. Miała kolosalny debiut a ja... piszę bloga i studiuję... Fascynujące, co?:D
Spotykam się ostatnio z taką falą, której znieść po prostu nie mogę. Nie ma czegoś takiego, że nie cieszę się ze swoich obecnych decyzji, bo ktoś zrobił to inaczej i będę się teraz okładać, że nie wpadłam na jego pomysł. Nie wpadłam, no trudno. Miałam inny i gdybyśmy mieli nawet ten sam plan, może czułabym się wtedy gorzej niż teraz, bo żałowałabym, że nie miałam jaj zrobić coś inaczej niż inni? Jeśli chcę coś zmienić to jasne, super będzie to zrobić, ale nie żałujmy swoich decyzji. Po co psuć sobie radość z posiadania własnej woli przez to, że naszej decyzji nie powiela masa innych osób? A jak powielą to poczujemy się jak ludzie bez tej woli... Człowiek to czasem chodzący paradoks.
Chciałabym żebyśmy się mniej porównywali. To prowadzi tylko do zazdrości albo wywierania na sobie głupiej presji, że nie jestem wystarczająco dobry. Trochę jestem, NO ALE...
Nie ma "ale". Mam prawo popełniać błędy i mam prawo nie spędzać każdej minuty na nauce siedmiu języków, rozwijania umiejętności obsługi jakiegoś sprzętu czy zdobywaniu fajnie wyglądającego w CV wpisu. Porównując się do innych, którzy postąpili inaczej, nie cieszę się teraźniejszością i po prostu nie okazuje wdzięczności, że ją mam.
A nie musiałam.
Sinatra przecież śpiewał:
I DID IT MY WAY...
Wierzmy w siebie bardziej i miejmy odwagę do przecierania własnych ścieżek. Choćby były nieziemsko kręte i zupełnie nieprzewidywalne. To NASZA własna historia.